Polka, która zmieniła skórę Kim Kardashian. Joanna Czech zdradza sekrety pracy jako kosmetyczki gwiazd [WYWIAD]

Joanna Czech od lat uchodzi za jedną z najlepszych kosmetyczek na świecie, z której usług korzystają takie gwiazdy jak Kim Kardashian, Jennifer Aniston czy Anna Wintour. Podczas jej ostatniej wizyty w Polsce udało nam się z nią porozmawiać.

Joanna Czech urodziła i wychowywała się w Polsce, jednak mając zaledwie 25 lat, wyjechała do Stanów Zjednoczonych. Jest kosmetyczką gwiazd, która przez lata budowała swoją pozycję w branży. Z jej usług korzystają m.in. Uma Thurman, Kate Winslet czy Kim Kardashian. Tej ostatniej pomogła nawet w stworzeniu kosmetyków do pielęgnacji skóry SKKN. Na wizytę u niej nawet najwięksi celebryci muszą zapisywać się z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Właśnie po blisko trzyletniej przerwie przyjechała do Polski, by promować swoją autorską linię kosmetyków. Udało mi się z nią porozmawiać w warszawskim hotelu Mamaison Hotel Le Regina. W lobby przywitała mnie pewna siebie, filigranowa blondynka, która z każdym wypowiedzianym słowem zarażała optymizmem.

Wyjechała pani do USA mając zaledwie 25 lat. W Polsce miała pani stabilne życie: dom, rodzinę i dobrze prosperujący salon kosmetyczny. Nie bała się pani postawić wszystkiego na jedną kartę?

Nie postawiłam wszystkiego na jedną kartę. Był 1989 rok. Od dwóch lat prowadziłam swój salonik w Polsce, który założyli mi rodzice. Do USA pojechałam odwiedzić córkę klientki. Uważałam wtedy, że wrócę po sześciu tygodniach, ewentualnie po sześciu miesiącach. Jednak zanim pojechałam, rozmawiałam z nimi, że gdybym nie wróciła po roku, powinni sprzedać salon. 

W jaki sposób przekonała pani do siebie pierwsze klientki? Czy wystarczyły tylko umiejętności, czy potrzebne było coś więcej?

Wydaje mi się, że edukacja z Polski była niezwykle pomocna. Pierwszą pracę dostałam, bo ktoś potrzebował osoby z doświadczeniem i komunikatywnym angielskim. Wydawało mi się, że dwa lata pracy w roli kosmetyczki to niedużo, jednak po dotknięciu skóry pierwszej klientki wiedziałam, że jestem bardziej doświadczona niż osoby, które uczą się w Stanach Zjednoczonych. Kończyłam studium kosmetyczne w Białymstoku. W sumie to było ponad 12 tysięcy godzin nauki. W USA, w zależności od stanów, jest to od 600 do 1000 godzin. To ogromna różnica. Poza tym zawsze jestem sobą. Nie zachowuję się inaczej w domu, a inaczej w pracy.

Czyli według pani polskie kosmetyczki mają szansę na zrobienie kariery w USA?

Oczywiście! I co najważniejsze, one ją robią. Po 33 latach zaczęłam trochę inaczej myśleć, bo my Polki od razu zakładamy, że nam się nie uda. Teraz w dalszym ciągu mam w sobie tę skromność, ale wiem jednocześnie, że mam coś do zaoferowania. Hailey Bieber w jednym z wywiadów sama przyznała, że pomagałam jej przy produkcji jej nowych kosmetyków Rhode. Dalej pomagam wszystkim, ale o swojej linii Joanna Czech, niewiele wspominałam.

Klientom ze Stanów Zjednoczonych nie przeszkadzało, że jest pani z innego kraju?

Nie, wręcz przeciwnie. Zawsze miałyśmy dobrą opinię jeśli chodzi o kosmetyczki. W tamtym okresie nie mogłam zbyt wiele wyjaśnić klientom. Mówiłam tylko "not good, not good". Mimo że studiowałam angielski, to dwie różne sprawy. Wydaje mi się, że klientki doceniały przede wszystkim moją dyscyplinę, odpowiedzialność oraz umiejętności. A oprócz tego bycie Polką pomagało mi nawiązać kontakt z klientem. Kiedyś weszłam do biblioteki Liama Neesona, gdzie miałam robić mu pedicure. Zwróciłam uwagę na kultowe zdjęcie z filmu "Lista Schindlera", które przedstawiało dziewczynkę w czerwonym płaszczu. On się wtedy zapytał "Anna Mucha, ciekawe co się z nią dzieje?" Wytłumaczyłam mu wtedy, że dziś jest słynną, polską aktorką.

W jaki sposób przekonała pani do siebie pierwsze znane klientki?

Pierwsze znane klientki pojawiły się w 1995 roku. Rozpoczęłam pracę w Paul Labrecque Salon & Spa, w Reebok Sports Club na Manhattanie, który w tamtym czasie odwiedzała cała śmietanka Hollywood.  Pierwszą znaną osobą, która się u mnie pojawiła, była supermodelka Trish Goff. Później było ich coraz więcej. Szkoła, którą skończyłam, przygotowała mnie do wykonywania różnych zabiegów na ciało, a nie tylko na twarz, co stało się moim atutem. Napisałam nawet pracę dotyczącą oprawy oczu na 117 stron. W Stanach Zjednoczonych, gdy ktoś słyszy, że miałam pracę dyplomową na koniec szkoły, jest naprawdę w szoku. Nauka w Polsce jest naprawdę na wysokim poziomie.

Jak budowała pani imperium swoich znanych klientek?

Wtedy nie istniały social media. Wszystko odbywało się tak zwaną pocztą pantoflową. Uwielbiałam to. Pewnego razu dzwoni do mnie Miramax z Londynu, z pytaniem, czy mogłabym zająć się Umą Thurman, bo kręci właśnie "Kill Billa". Jednak najbardziej zaskoczył mnie telefon od zespołu Anny Wintour.

Wspomniała pani o swojej marce Joanna Czech. Jakie produkty trafiły do sprzedaży?

W pierwszej kolejności jest tonik. Moim zdaniem to najważniejszy krok w codziennej pielęgnacji skóry.  Dzięki temu, że jego pH wynosi 5,8, utrzymuje lekko kwasowy odczyn skóry. Następnym produktem jest kojące serum, które oprócz tego, że jest supernawilżające, pomaga także w wyrównaniu kolorytu skóry. W jego składzie znalazł się m.in. pieprz górski, który sprawdza się w przypadku podrażnień. Serum ze stabilną formułą witaminy C jest w formie lekkiego olejku, dzięki czemu może dotrzeć do tak zwanej skóry właściwej. Ten produkt polecam osobom, którym zależy na poprawie elastyczności skóry, a dodatkowo walczącym z przebarwieniami. Krem z trzema peptydami w składzie pomaga w odbudowaniu bariery ochronnej skóry. Odżywczy balsam sprawdzi się w przypadku osób, którym zależy na nawilżeniu. Produkt zatrzymuje wodę w naskórku, dzięki czemu ciało jest miękkie, a przy tym także zregenerowane. Stworzyłam także maskę na twarz, która zapobiega wypryskom, a przy tym łagodzi podrażnienia i oczywiście nawilża. Nie mogę zapomnieć również o chusteczkach, które pomagają w odświeżeniu skóry, a także usunięciu potu oraz bakterii.

Nie są to jednak tanie produkty. Dlaczego Polki powinny wybrać właśnie pani kosmetyki?

Kosmetyki zostały stworzone z najlepszych, a przy tym także najdroższych składników dostępnych na rynku. Poszukiwaliśmy ich na całym świecie, tak by mogły dostarczyć skórze wszystko, czego potrzebuje. Muszę dodać, że są to niezwykle praktyczne produkty. Można z nimi używać np. własnego żelu do mycia twarzy.

Ma pani dwa salony kosmetyczne: w Dallas oraz Nowym Jorku. Nie myślała pani o tym, aby otworzyć też swój salon w Polsce?

Właśnie wczoraj pojawiła się taka propozycja, jednak mnie chyba teraz na to nie stać. Trudno mi też powiedzieć, jakie byłyby ceny, bo w Stanach Zjednoczonych wyglądają trochę inaczej. (od redakcji: zabieg w salonie Joanny Czech to koszt ok. 2500 zł). Przyznam, że byłoby to bardzo interesujące.

Na czym polegają zabiegi, które pani wykonuje?

Nie zajmuję się medycyną estetyczną, bo widziałam szkody, jakie można w ten sposób wyrządzić. Tak naprawdę nie mam nazwy na swoje zabiegi. Trudno powiedzieć czy to coś bardziej relaksującego, czy może pobudzającego. Gdy klientka do mnie przychodzi, w pierwszej kolejności analizuję skórę i zadaję milion pytań, a dopiero potem podejmuję decyzję, co zrobię. Właśnie czeka na mnie klientka i nie jestem w stanie powiedzieć, co będziemy dziś robić przed przeprowadzeniem z nią dokładnego wywiadu.

Jak rozpoczęła się pani współpraca z Kim Kardashian przy jej nowej linii kosmetyków do pielęgnacji skóry SKKN?

To było dokładnie 3 lata temu 19 czerwca. Jeszcze przed pandemią. Byłam akurat w Warszawie na obiedzie w Qchnii Artystycznej, aż nagle dostałam telefon. Zobaczyłam, że dzwoni "Kim K.". Powiedziała, że planuje ruszyć z własną linią kosmetyków, dlatego chciałaby ze mną o tym porozmawiać. Zapytałam ją, dlaczego to właśnie mnie prosi o pomoc. A ona wtedy odpowiedziała "Byłaś jedyną osobą, która zmieniła moją skórę".

 

W jaki sposób jej pani pomogła?

Pierwszy raz spotkałyśmy się 7 lat temu, w jej domu w Los Angeles. Zajmowałam się nią 2 godziny. Zazwyczaj pytam swoich klientów, czy chcą wiedzieć, co robię, a ona zawsze jest bardzo zainteresowana. Jest świetną uczennicą. Zapytała mnie o przebarwienia, które wtedy miała. Powiedziałam, że zanim do nich dojdziemy, musimy najpierw zbalansować skórę, sprawić by była zdrowa, a dopiero na końcu zajmiemy się pigmentacją. Zaproponowałam jej konkretne produkty do pielęgnacji na noc i na dzień marek, które polecam. Pierwszy pakiet dostała ode mnie w prezencie. Po trzech tygodniach dostałam zamówienie po trzy butelki z każdego kosmetyku, więc najwyraźniej to, co jej doradziłam, musiało jej się spodobać. Sama zresztą przyznała, że byłam jedyną osobą, która podjęła decyzję odnośnie zmian w jej pielęgnacji. Zazwyczaj współpracownicy celebrytów we wszystkim im przyklaskują, a ja staram się po prostu pomóc.

No właśnie - kosmetyki Kim. Ile w nich jest samej Kim, a ile Joanny Czech?

Ciężko powiedzieć. Na pewną swoją rutynę codziennej pielęgnacji z dziewięcioma kosmetykami przedstawiła na podstawie tego, co jej przepisałam 7 lat temu. Nauczyłam ją mieszać oleje z kremami. Powiedziałam jej, że peeling można zmieszać z kremem, wtedy staje się delikatniejszy dla skóry. Wytłumaczyłam, na czym polega różnica między tonikiem balansującym, a tonikiem złuszczającym. Chciałam, aby w jej linii znalazł się ten pierwszy, aby każdy po umyciu twarzy mógł go użyć. Z kolei Kim lubi mocniejsze działanie kosmetyków. Manager jej projektu pytał mnie o to, co myślę na temat poszczególnych składników oraz o to, w jaki sposób komunikować się z klientami. Nie pozwoliłam Kim, by mówili o produktach "anti-aging". Oni co prawda ciągle do tego wracają, ale według mnie nie można zatrzymać procesów starzenia. Można je co najwyżej spowolnić.

Więcej o: