Ponieważ fanką kultowej linii Pillow Talk jestem od lat, nie mogłam przejść obok tej nowości obojętnie. Przetestowałam dwa zupełnie różne odcienie: legendarny, klasyczny Pillow Talk oraz znacznie głębszy, odważniejszy Blushed Jam. Spędziłam z nimi ostatnie tygodnie i przyszedł czas na rzetelny test. Czy ten produkt faktycznie jest wart swojej ceny? Zobaczcie moją szczerą ocenę konsystencji, zapachu i realnego efektu!
Charlotte Tilbury przyzwyczaiła nas do formuł z najwyższej półki. Produkt przychodzi w klasycznym dla marki, eleganckim opakowaniu, które natychmiast chce się nosić w torebce jako stylowy dodatek. Przy pierwszym użyciu zauważyłam, że balsam ma niezwykle maślaną, aksamitną i wręcz otulającą konsystencję. Pod wpływem ciepła ust dosłownie sunie po wargach jak delikatne, luksusowe masełko. Co dla mnie najważniejsze latem – formuła jest całkowicie pozbawiona tej irytującej, lepkiej warstwy, która sprawia, że przy najmniejszym podmuchu wiatru włosy przyklejają się do twarzy. Jeśli znacie produkty do ust od Charlotte, poczujecie się jak w domu pod względem zapachu. Ten przypomina mi waniliowo-deserową nutę. Jest słodki, ale podany w elegancki sposób.
Testowanie zaczęłam od dwóch skrajności – bezpiecznego nudziaka i soczystego, owocowego akcentu. Efekt na ustach w obu przypadkach bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, choć dają zupełnie inny wibe.
Klasyczny Pillow Talk to absolutny powrót do korzeni marki. Idealnie zbalansowany, kultowy brudny róż z beżowymi tonami, który ma za zadanie imitować naturalny, zdrowy kolor naszych warg. W tej balsamowej wersji wygląda niezwykle świeżo, dziewczęco i lekko. Nadaje ustom miękki satynowy połysk i sprawia, że natychmiast wyglądają na pełniejsze i bardziej wypoczęte. To mój totalny must-have do codziennych stylizacji, luźnych t-shirtów i makijażu typu no-makeup. Wyglądasz świetnie bez wrażenia, że spędziłaś przed lustrem długie godziny.
Natomiast ciemniejszy Blushed Jam początkowo mnie nie zachwycił. W opakowaniu kolor wygląda na dość ciemny, wręcz jagodowo-jeżynowy. Jednak to właśnie urok formuły typu lip tint – na ustach ta głęboka barwa zamienia się w przepiękną, transparentną plamę koloru. Daje genialny efekt przygryzionych warg. W dodatku dobrze odbija naturalną czerwień wargową i cudownie kontrastuje z letnią opalenizną. Jeśli na wieczorną imprezę chcecie dodać sobie odrobiny zmysłowości, ale bez ciężkości matowej pomadki – Blushed Jam zrobi całą stylizację.
Bądźmy ze sobą szczere: produkt kosztuje niemało i poza pięknym kolorem oraz blaskiem oczekujemy od niego obiecanej, głębokiej pielęgnacji. Jak balsam radzi sobie z nawilżeniem? Charlotte Tilbury obiecuje intensywne odżywienie i regenerację. Po aplikacji usta faktycznie stają się natychmiast miękkie, elastyczne, a suche skórki zostają sprytnie wygładzone i ukryte pod lśniącą taflą. Efekt komfortu jest niesamowity. Kolejna kwestia to trwałość – ze względu na swoją maślaną naturę, balsam zjada się dość szybko podczas picia kawy czy posiłków (choć tint zostawia na uściech delikatną, długotrwałą mgiełkę koloru). Dla mnie nie jest to jednak minus, bo ponowne nakładanie tego produktu z eleganckiego opakowania to czysta przyjemność.