Pamiętam ten widok z dzieciństwa: mama przygotowuje się do wyjścia, a ostatnim elementem układanki zawsze był jej perfumy. Gdy kiedyś poskarżyłam się jej, że moje perfumy ulatniają się zanim zdążę dojść do przystanku, zdradziła mi swój sekret. Skóra musi mieć bazę, bo cząsteczki zapachowe dosłownie uciekają z przesuszonego naskórka. Od tamtej pory, zanim użyję moich ulubionych perfum, wklepuję w strategiczne punkty takie jak nadgarstki i za uszami, odrobinę zwykłej, bezwonnej wazeliny lub tłustego balsamu. Zapach przykleja się do tej warstwy i rozwija znacznie wolniej, tworząc ten wymarzony przez nas ogon, za którym ludzie odwracają się na ulicy. Nawet jeśli używasz lekkich mgiełek czy luksusowej szpilki od Herrery, ta metoda sprawi, że zapach będzie towarzyszył ci do wieczora. To prosta, naturalna metoda, dzięki której jedna buteleczka perfum starczy ci na znacznie dłużej.
To jeden z tych rytuałów, które przechodzą z pokolenia na pokolenie. Moja mama nauczyła mnie go dokładnie tak samo, jak ją kiedyś nauczyła babcia. Obie zawsze dbały o siebie z czułością. Kochały piękne ubrania, obcasy i makijaż, ale wiedziały też, że prawdziwe piękno zaczyna się od chwili dla siebie. Każdego ranka i wieczoru wykonywały masaż twarzy, który z czasem stał się także moim rytuałem wyciszenia. Zaczynałyśmy od policzków, delikatnymi ruchami ku górze, później czoło i szyja, zawsze spokojnie, bez pośpiechu. Pamiętam, że mama i babcia nieustannie powtarzały, by nigdy nie wykonywać ruchów w dół, tylko ku górze, z wyczuciem. Następnie opuszkami palców lekko wklepywałyśmy krem w skórę, żeby pobudzić krążenie i dodać twarzy świeżości. Następnie moment nakładania kremu pod oczy. Babcia i mama delikatnie wklepywały go od wewnętrznego kącika w kierunku skroni, a potem wykonywały subtelny masaż unoszący oko, okrężnym ruchem od kącika, przez skroń, aż po powiekę.
Ten dziwny zwyczaj od lat przewija się w naszej rodzinie i którego długo nie traktowałam jako czegoś wyjątkowego. Dla mnie to po prostu był zapach domu. Babcia dolewała mleko do kąpieli mojej mamie i cioci, później mama robiła dokładnie to samo ze mną. Wieczorem do ciepłej wody trafiała szklanka zwykłego mleka, a łazienka momentalnie zamieniała się w małe domowe spa. Babcia zawsze powtarzała, że mleko koi skórę i zmiękcza ją. Czy naprawdę działało cuda? Być może coś w tym jest, bo do dziś nie mogę narzekać ani na swoją cerę, ani na kondycję skóry. Ten rytuał został z nami na lata, ale z czasem każda z kobiet w rodzinie zaczęła interpretować go po swojemu. Moja ciocia poszła bardziej w nowoczesne klimaty i klasyczne mleko zamieniła na kosmetyki z kozim mlekiem. Mama od czasu do czasu wraca do tradycji, bo do dziś uważa, że nic nie działa lepiej niż odrobina zwykłego mleka dolana do gorącej kąpieli. Myślę, że wzięło się to też z tego, że każda z nas miała wyjątkowo wrażliwą skórę i, jak żartowała babcia, „kości również", bo przy jej anemii i łamliwości kości mleko stało się niemal rodzinnym symbolem dbania o siebie od środka i z zewnątrz.
Ps. Warto jednak pamiętać, że przy alergiach mleczne kąpiele nie zawsze będą dobrym pomysłem — szczególnie jeśli ktoś reaguje na składniki mleczne lub mocno perfumowane produkty do kąpieli. U nas ten rytuał po prostu się przyjął i został na dobre, trochę jak rodzinny przepis.