Uwielbiam testować produkty do makijażu i nie ukrywam, że jedną z moich topowych marek od lat jest Inglot. Wybór tylko jednego kosmetyku roku to trudne zadanie, ale w 2025 zdecydowanie wygrywa u mnie pomadka Creamy Soft w odcieniu 501 Classic Nude. To kolor, który sprawdza się zarówno na co dzień, jak i podczas większych wyjść. Wygląda bardzo naturalnie, nie przesusza ust i świetnie się trzyma. Była ze mną na wszystkich wyjazdach, ważnych okazjach i zawsze towarzyszy mi w torebce. Znalezienie idealnej pomadki nude bywa wyzwaniem, dlatego cieszę się, że polska marka stworzyła całą kolekcję w pięknych, stonowanych barwach.
Moim kosmetycznym odkryciem roku jest Soft Pinch Liquid Contour od Rare Beauty, czyli bronzer w płynie, który całkowicie odmienił mój makijaż. To produkt, który nie tylko pięknie modeluje rysy twarzy, ale też jest banalnie prosty w użyciu. Wystarczy nanieść kilka kropli i rozetrzeć gąbeczką. Jego największą zaletą jest lekkość, dzięki której wygląda jak druga skóra i nie obciąża cery nawet w upalne dni. Uwielbiam efekt, jaki daje: subtelnie podkreślone kości policzkowe bez sztucznej ostrości czy nienaturalnego odcięcia. To właśnie ten naturalny, niewymuszony look sprawia, że sięgam po niego codziennie. Plusem jest też trwałość, makijaż trzyma się przez cały dzień, a kontur nie blaknie ani nie rozmazuje się. Ten kosmetyk sprawdził się u mnie zarówno przy szybkim, dziennym makijażu, jak i wieczorowych stylizacjach, kiedy liczy się precyzja. Mam wrażenie, że dzięki niemu moja twarz wygląda na bardziej wypoczętą i promienną. To zdecydowanie kosmetyk, który zostanie ze mną na długo.
Ten słynny, masełkowy żel od Clinique, Dramatically Different Moisturizing Gel po jednej przypadkowej próbie, stał się moim absolutnym odkryciem. Jako posiadaczka skóry suchej, mój największy problem z kremami na dzień zawsze był ten sam: albo były zbyt tłuste i ciężkie, zostawiając na skórze nieprzyjemny film, albo zbyt lekkie i "żelowe", przez co po kilku godzinach wracało okropne uczucie ściągnięcia. Znaleźć coś, co dogłębnie nawilża, ale jest jednocześnie niewyczuwalne na skórze, graniczyło z cudem. A ten krem jest absolutnie idealny. Moja wiecznie sucha skóra jest miękka, gładka i wygląda na zdrowo "napompowaną". Produkt radzi sobie z suchymi skórkami wokół nosa, a co ciekawe, mimo bogatego nawilżenia, moja strefa T paradoksalnie mniej się wyświeca. Już sama konsystencja jest genialna – to lekki, beztłuszczowy żel-krem. Jedna pompka wystarcza na całą twarz. W składzie mamy glicerynę, kwas hialuronowy, wyciągi z ogórka i słonecznika. Proste, sprawdzone i piekielnie skuteczne nawilżacze i składniki wzmacniające barierę hydrolipidową.
Mam suchą skórę, na której zaczęły pojawiać się pierwsze zmarszczki. Nie ukrywam, że nie czułam się z nimi najlepiej. Próbowałam różnych kremów, ale nie zauważyłam żadnej różnicy. Sera też nie przyniosły oczekiwanego rezultatu. W końcu w mojej kosmetyczce znalazł się krem Retinobaza 1700, który jest moim największym odkryciem tego sezonu. Poleciła mi go koleżanka, za co jestem jej bardzo wdzięczna. Już po kilku tygodniach stosowania moja skóra zmieniła się niemalże nie do poznania. Stała się gładsza, nawilżona i rozświetlona. Fakt, delikatne zmarszczki szczególnie na czole są dalej widoczne, ale już zdecydowanie mniej niż wcześniej.
Od zawsze miałam niezwykle kapryśną skórę, która gdyby mogła, to wykształciłaby alergię nawet na wodę. O ile żele i balsamy do ciała jeszcze jakoś udawało mi się wynajdywać, o tyle pielęgnacja twarzy była prawdziwym wyzwaniem. Co ważne dla tej historii, praktycznie nigdy się nie malowałam, więc aspekt oddychania skóry odpadał na wstępie. Niestety, nawet kosmetyki, które polecały mi moje koleżanki jako "super delikatne" urządzały moją skórę tak, że kilka dni musiałam doprowadzać ją do stanu względnej używalności. Im głębiej wczytywałam się w temat, tym bardziej zaczynałam dostrzegać, jak ważne są naturalne składy, zaczęłam więc szukać tym kluczem. Tak dotarłam do Resibo, choć przyznaję, że podeszłam z wielką rezerwą do ich kosmetyków i nauczona doświadczeniem nie obiecywałam sobie od nich zbyt wiele. Na szczęście w końcu zaskoczyłam się pozytywnie - moja skóra polubiła się z nimi jak z żadnymi innymi przedtem. Dzięki bardzo klarownej systematyzacji produktów na ich stronie i wielu artykułom blogowym dobrałam odpowiedni zestaw dla siebie i efekty odczułam zaledwie po kilku dniach. U mnie znakomicie sprawdziła się wieczorna trzyczęściowa rutyna: nawilżająca mgiełka Mr. Soft Skin + nawadniające serum z peptydami Aqua Glaze + regeneracyjny krem na noc Mooncall. Dzięki temu trio mogę powiedzieć, że tak gładkiej skóry nie miałam chyba od szkoły podstawowej. Jeśli jednak miałabym zdecydować się na tylko jeden kosmetyk, który zabrałabym ze sobą na przysłowiową bezludną wyspę, byłoby to zdecydowanie serum - działa jak płynny jedwab wylany na skórę. Chciałabym cała móc się w nim wykąpać. :)