Zostawmy na chwilę na boku muzykę i skupmy się na tym, co widzieliśmy. W dobie, gdy wiele artystek walczy o uwagę za pomocą skąpych strojów i szokujących kreacji, Sanah idzie zupełnie inną drogą. Jej stylizacje sceniczne są jak jej piosenki – pełne romantyzmu, nostalgii, subtelności i odrobiny teatralnej dramy. Stylizacja z warszawskich koncertów była tego najlepszym dowodem. Artystka wybrała przepiękny, koronkowy komplet w odcieniu śmietankowej bieli. Składał się z dopasowanego topu oraz spodni z nogawkami rozszerzanymi od kolan w dół, czyli tak zwanych dzwonów (flared pants). To bezpośrednie i bardzo świadome nawiązanie do estetyki lat 70. i klimatu dzieci-kwiatów. Zarówno nogawki spodni, jak i długie, zwiewne rękawy narzutki były wykonane z delikatnej, niemal transparentnej koronki, która przy każdym ruchu pięknie pracowała w scenicznym świetle. Całość uzupełniały proste, białe sandałki. Moim zdaniem to był najpiękniejszy look z koncertu!
Ten look, jest eteryczny i dziewczęcy, ale jednocześnie ma w sobie dramatyzm godny wielkiej sceny. Nawiązuje do przeszłości i estetyki vintage, co idealnie komponuje się z poetyckimi tekstami jej piosenek. I tu dochodzimy do sedna. Koncerty Sanah na Narodowym, wyprzedane na pniu, są dowodem na to, że polska publiczność jest spragniona czegoś innego. Czegoś prawdziwego. Sanah wydaje się być jedną z niewielu wokalistek młodego pokolenia, która potrafi przyciągnąć na stadion dziesiątki tysięcy ludzi, nie budując swojego wizerunku na kontrowersjach. Jej fenomen jest fascynujący. Na scenie nie ma skomplikowanej choreografii, nie ma zastępów tancerzy. Jest skromna ona, jej niezwykły głos, pianino i te przepiękne, bajkowe stylizacje. Moim okiem to prosty powrót do czasów, w których najważniejsza była muzyka i autentyczna więź z publicznością. Niech tak zostanie.