"Moda przestała być odpowiedzią na to, jak wyglądać lepiej". Karolina Domaradzka o body positive [WYWIAD]

W epoce body positive moda zmienia swoją funkcję i znaczenie. Zrywa z konwenansami i otwiera się na różnorodność. O największych zmianach, które dzieją się na naszych oczach, rozmawiam ze stylistką Karoliną Domaradzką.

Jakie są największe zmiany, które dzieją się w modzie dzięki ruchowi body positive?

Przede wszystkim odchodzi się od sztywnego kanonu piękna. W przeciwieństwie do lat 90., kiedy na wybiegach pokazywano wyłącznie bardzo wysokie i szczupłe modelki, teraz mamy większą różnorodność. Są modelki wysokie, niższe, szczupłe, plus size. W świecie urody też zaczyna się dostrzegać piękno wynikające z oryginalności, na przykład szpara między zębami, piegi, rude włosy. 

W Polsce te zmiany przebiegają wolniej niż za granicą. Wynika to przede wszystkim z mniejszej różnorodności kulturowej na ulicach w stosunku chociażby do USA, Wielkiej Brytanii czy Francji.

U nas nadal króluje "one size", czyli standardowa rozmiarówka, chociaż są wśród nas osoby wysokie, niskie, chude, grubsze. Body positive działa we wszystkie strony. Nie wiem nawet, na jakiej podstawie ustalono, że to właśnie ma być nasz standard. Cały czas nie dorośliśmy do tego, aby zaakceptować fakt, że jesteśmy różni, nasze sylwetki są różne i każdy chce się ubrać. 

Modelki na pokazach Versace (po lewej i po prawej) oraz Valentino (w środku) - różnorodność jest w modzieModelki na pokazach Versace (po lewej i po prawej) oraz Valentino (w środku) - różnorodność jest w modzie Fot. Imaxtree

Z czego wynika to, że jesteśmy do tyłu z body positive w modzie? 

Z utrwalonych stereotypów. Przez wiele lat wmawiało się Polkom, że ubrania służą do tego, aby być ładniejszym, lepszym albo podobać się mężczyznom. To jest ogromny problem, jeśli stylizację zaczynamy postrzegać w tych kategoriach - aby komukolwiek się podobać. Ubrania nie są od tego. Ale skoro przyzwyczailiśmy się, że kobiety w Polsce muszą nosić rozmiar "0" i zakładać takie, a nie inne rzeczy, bo w przeciwnym razie spotkają się z krzywdzącymi opiniami, to nic dziwnego, że cały czas mamy to z tyłu głowy. 

Nie chcę na nikogo zrzucać odpowiedzialności, ale polscy styliści osobiście też raczej nie wychodzą poza ten szablon myślenia. Często powielają te schematy, dlatego zmiany w Polsce są wolniejsze. Ale ludzie zaczynają się buntować. Mają dosyć, że z każdej strony dostają informację, że są niewystarczający. Na przykład niewystarczająco zgrabni, żeby nosić dzwony albo kolarki. Że ciągle im czegoś potrzeba, żeby wyglądać ładniej. To jest odpowiedni moment, aby zacząć mówić o tym, po co te ubrania naprawdę są. 

W takim razie jaką funkcję mają ubrania w epoce body positive? 

Znakiem naszych czasów i body positive jest to, że nie musimy się podporządkowywać temu, co ktoś nam narzuca. Moda przestała być odpowiedzią na to, jak wyglądać lepiej. Stała się środkiem wyrazu artystycznego. Ubrania po prostu mają odpowiadać nam samym. Moda już nie narzuca ani jak, ani dlaczego mamy je nosić. Narzucanie ograniczeń związanych z wiekiem czy sylwetką nie ma racji bytu. Jak powinna się ubierać młoda mama, jak powinno się wyglądać w biurze - taki dress code to rzecz przemijająca, za granicą już dawno z niego zrezygnowano. No bo dlaczego zakryte palce u stóp w biurze miałyby komukolwiek pomóc w realizacji pracy intelektualnej? Nie rozumiem tego.

To samo z wiekiem - on nie ma znaczenia, ale kłopotem znów są stereotypy. Dojrzałe kobiety zastanawiają się, czy wypada założyć spódnicę przed kolano. Nie można wrzucać do jednego worka wszystkich osób w wieku 45-60 lat i zabraniać tej grupie noszenia konkretnych rzeczy. Potem płaczemy, że ludzie na polskiej ulicy nie wyglądają ciekawie. Taki jest efekt, jeśli wmawia się im, że są za starzy, za chudzi, mają za szerokie łydki, za wąskie ramiona. W końcu wszystkiego się odechciewa i rezygnujemy z tej mody, narzucamy na siebie cokolwiek. 

W jaki sposób zrodziły się zmiany, które obserwujemy? 

Moda funkcjonuje w zależności od czasów, w których się dzieje. Kiedyś standardy wyznaczała odgórnie branża fashion. Znów wrócę do lat 90. Nie było internetu, więc jedynym źródłem informacji była redaktorka, która jechała na pokaz i mogła sobie napisać w magazynie co chciała, a czytelnicy odbierali to bezkrytycznie. Teraz dzięki platformom społecznościowym możemy zobaczyć innych ludzi z całego świata, mamy dostęp do osób, które odbiegają od przyjętego kanonu. 

W jaki sposób ruch body positive wpłynął na Twoją pracę jako stylistki? 

On nie wpłynął na moją pracę w żaden sposób, bo ja nigdy nie odnosiłam się do upiększania osób ubiorem. Nigdy też nie odnosiłam się do podziału sylwetkowego. Być może dlatego, że bardzo długo mieszkałam w Londynie, gdzie miałam do czynienia z osobami o różnych sylwetkach i zrozumiałam, że nie sposób jest ubrać wszystkich według jednego klucza. Gdy kogoś ubieram, zależy mi przede wszystkim na tym, by ta osoba się dobrze czuła. Nie wmawiam jej, że poczuje się lepiej, jeśli podkreśli talię. Nie staram się ulepszyć figury. Raczej chcę zaznajomić z fajnymi sposobami stylizacji, żeby na końcu ta osoba mogła wyrazić siebie na swój własny sposób i była zadowolona z tego, jak prezentuje się w ubraniach. 

Czy ubiór powinien w ogóle coś poprawiać albo maskować? 

Nie powinien. To są zbyt duże ograniczenia nakładane na osoby, które chciałyby skorzystać z mody. Każdy powinien nosić to, co mu się podoba. Jeśli ktoś chce sobie wydłużyć nogi obcasem, bo czuje się wtedy pewny siebie, to ja jestem za. Jeśli ktoś chce założyć stanik push up, to bardzo proszę. Ale jeśli ktoś nie ma ochoty wydłużać nóg, to nie mówmy mu, że powinien to robić. Każda sylwetka jest okej. Mi nie zależy na tym, aby ubrać wszystkich w dziwne rzeczy. Zależy mi, aby każda kobieta zrozumiała, że to ona decyduje, w czym się dobrze czuje. 

Czy jest coś takiego jak mankament sylwetki? 

Ja uważam, że nie ma mankamentów sylwetki. To są po prostu ciała, a ciało to jest człowiek. Nie wolno nazywać różnorodności mankamentami. Mankament kojarzy się negatywnie, a to, że my wyglądamy inaczej, nie jest niczym negatywnym. Nie możemy selekcjonować i mówić, że jeśli ktoś jest szczupły, to jest lepszy czy szczęśliwszy.

Moda na ulicach Nowego JorkuModa na ulicach Nowego Jorku Fot. Imaxtree / Kolaż Avanti24

Co ciekawe, w 99 proc. przypadków klientki, które do mnie przychodzą z jakimś "mankamentem", wcale go nie mają. Mówią przez telefon, że mają na przykład szerokie biodra, a potem się okazuje, że wyglądają zupełnie inaczej, niż same siebie opisują. Miałam taką sytuację, że dziewczyna napisała do mnie, że jest gruba. Umówiłyśmy się pod centrum handlowym, miała do mnie pomachać, żebym mogła ją rozpoznać. No i siedzę pod tym centrum, macha do mnie z daleka jakaś dziewczyna, ale ja głowa w drugą stronę, myślałam, że to do kogoś innego. W końcu ona podchodzi do mnie i mówi: "to ja". Nie uwierzyłam, bo dostałam wyraźną informację, że przyjdzie gruba dziewczyna, a tak nie było. Kobiety mają bardzo zniekształcony obraz swojego ciała, zupełnie nieoddający rzeczywistości. I wcale niczego im nie trzeba maskować. 

Bielizna wyszczuplająca, spodnie push up (łączy je to, że zmieniają sylwetkę) -  nosić czy nie?

Rzeczy to nie jest niestety czarodziejska różdżka, żeby miały nam poprawić sylwetkę. Nawet jeśli założymy kilka warstw na szczupłą sylwetkę, nie będziemy wyglądać bardziej puszyście. Będąc grubszą, też ubrania nie sprawią, że nagle wyszczuplejemy. Będziemy mieć na sobie po prostu inny typ stylizacji. 

Czy istnieją wzory "korzystne" dla sylwetki?

Nie możemy się obrażać na słowo "korzystne". Funkcjonowało w naszym kraju przez ostatnie 30 lat w odniesieniu do mody, więc teraz ciężko się go wyprzeć. Ale nie ma korzystnych wzorów. Wzór to wzór. Paski, które są pionowe, nikogo nie wyszczuplą, poziome nikogo nie pogrubią. Taki efekt wizualny być może można uchwycić na zdjęciu, jak się ktoś ustawi w odpowiedniej pozycji. Nie ma też czegoś takiego jak zły wzór. To nieprawda, że duże wzory pogrubiają. Z kolei z pasków uczyniliśmy wroga publicznego, a przecież to jest głupie. Patrząc na wzory racjonalnie, noś je niezależnie od wzrostu czy sylwetki. Jeśli nie masz na nie ochoty, to ich po prostu nie noś, ale nie wolno mówić innym, że jakiś wzór nie jest okej. 

Moim zdaniem to, że Polki rezygnują ze wzorów, nie wynika z tego, że one nie chcą czegoś nosić. One kierują się kompleksami, które nawet nie należą do nich. Nam te kompleksy wmówiono, my dorastaliśmy w przekonaniu, że szerokie łydki są złe. Kompleksy zostały wygenerowane w sposób sztuczny i zostały przejęte przez odbiorców. 

Przełożyły się też na kolekcje polskich marek. Kiedy ubieram jakąś gwiazdę i otrzymuję instrukcje, że gwiazda chce korzystać z ubrań polskich marek, nie mam za dużego wyboru. Najczęściej mam do dyspozycji biel, czerń i szary, i to w najprostszych fasonach.

Rezygnujemy z danych stylizacji, bo boimy się oceny innych. To jest nasza polska mentalność - komentowanie innych i piętnowanie mody. 

Dlaczego moda jest piętnowana?

Ponieważ nigdy nam jej odpowiednio nie przedstawiono. Powiedziano nam, że to zagadnienie dla idiotek, które siedzą przed lustrem i się pindrzą. Nikt przecież nie chce być idiotką. Dlatego moda była spychana na margines. Gdy mówiłam, że jestem ekspertką od mody, często chciano mnie ośmieszyć. Robili to głównie mężczyźni. W moim ujęciu moda to jest dziedzina sztuki, nieprzyjemnie jest czytać czy słyszeć, jaka to ona jest zła czy chce nam zrobić krzywdę. 

Czy jest coś takiego jak błędy w stylizacji? Jeśli tak - jaki jest największy błąd stylizacyjny?

Błędem na pewno jest zbyt kurczowe trzymanie się zasad. To wyrządza więcej szkody niż pożytku. Często wywołuje konsternację, czy aby na pewno robimy to dobrze. Druga rzecz to nieznajomość mody. Nienadążanie za modą wynika z braku informacji na jej temat. 

Miałam taką sytuację -  klientka dzwoni do mnie i pyta, co wziąć ze sobą do Paryża. Powiedziała, że już ma beret, spódnicę z tiulu w grochy i czarny golf. A ja mówię do niej: weź to samo, co wzięłaby Francuzka przyjeżdżająca do Polski, czyli strój łowicki. Oczywiście żartowałam. To tak nie działa. W Paryżu zobaczymy dziewczyny ubrane przede wszystkim w swoim własnym stylu. One nie mają potrzeby epatowania statusem materialnym, znanymi markami. Panuje wolność wyboru, chodzą, jak chcą. Nasze wyobrażenie o zagranicy świadczy o nieznajomości tematu. Potem wychodzimy na ulicę i czujemy się źle, bo jesteśmy przebrane.

Paryż - moda uliczna. Zdjęcia z ulic Paryża podczas fashion week na sezon wiosna-lato 2021Paryż - moda uliczna. Zdjęcia z ulic Paryża podczas fashion week na sezon wiosna-lato 2021 Fot. Imaxtree

Która nacja twoim zdaniem jest najbardziej body positive w kwestii ubioru? 

Myślę, że Amerykanie i Brytyjczycy, ale też nie wszędzie. Bardziej niż o nacji należałoby mówić o dwóch miastach - Nowym Jorku i Londynie. Tam sylwetka już jest kompletnie nieważna. Kobiety zakładają stanik zamiast topu, idą w miasto i nikt nie zwraca na nie uwagi. Bo ludzie mają inną mentalność - brak potrzeby komentowania czyjegoś wyglądu i tego, jak człowiek wyraża siebie za pomocą mody. 

U nas najważniejsza jest przynależność do grupy, bo czujemy się wtedy bezpiecznie. Próbuję obudzić w ludziach to, że mają prawo być sobą, nie muszą być jak inni. To jest mój cel. Kreatywność jest okej, robienie po swojemu jest okej, łamanie konwenansów jest okej, jeśli nie robimy tym krzywdy innym. Wolność ubioru przekłada się na życiową wolność wyboru. Przestajemy robić to, czego oczekują od nas inni. 

Chcesz wiedzieć więcej o ruchu body positive? Zajrzyj do innych treści, przygotowanych przez zespół Avanti24.pl w ramach cyklu o ciałopozytywności.