To nie Dyson, a daje efekt blowout jak z lat 90. Z tą suszarko-lokówką nie rozstają się fryzjerzy

Blowout w stylu lat 90. wraca na salony - dosłownie i w przenośni. Inspiracje supermodelkami tamtej dekady znów królują na pokazach, a perfekcyjnie wymodelowane pasma stały się synonimem dopracowanego looku. Nie każda z nas ma jednak czas (i budżet) na regularne wizyty u fryzjera czy inwestycję w kultowe urządzenia z najwyższej półki.
Stylizacja blowout
fot. instagram: @sashalilliee

Blowout lat 90. W czym tkwi sekret fryzury supermodelek?

Fryzura a la blowout z lat 90. przeszła do historii z kilku powodów. Po pierwsze, jej kultowość wynika z lekkiego "oszukiwania". Nawet, gdy włosy nie zachwycają objętością, stylizacja przy użyciu okrągłej szczotki i ciepłego powietrza, nadaje włosom hollywoodzkiego pierwiastka. Drugi powód tkwi w zasadzie, że włosy mogą być "the fit". Nawet proste jeansy i czarny golf w towarzystwie sprężystej, pełnej objętości fryzurze, zamieniają się w stylizację godną Pameli Anderson. W czym zatem tkwi sekret? W przeciwieństwie do klasycznych loków, blowout chwali się lekkimi falami, uniesionymi u nasady i podwiniętymi na końcach. 

To właśnie dlatego fryzura inspirowana ikonami tamtej dekady, Cindy Crawford czy Claudią Schiffer, wraca w nowej odsłonie. Jest elegancka, ale nie przesadzona. Zmysłowa, ale codzienna. Era prostych włosów i ulizanych kucyków oficjalnie się kończy. 2026 to rok bujnych fryzur, a my wiemy, jak je uzyskać.

Jak modelować włosy, by uzyskać najlepszą objętość?

W blowout liczy się strategia. Jeśli chcemy efekt jak z okładki, musimy zacząć od podstaw: włosy powinny być podsuszone, ale nie całkowicie suche. Najlepszy moment na modelowanie to wtedy, gdy pasma są jeszcze lekko wilgotne. Wówczas łatwiej nadać im kształt i „zapisać" objętość na dłużej. Klucz tkwi w pracy u nasady. To tam powstaje cała magia. Pasma należy odciągać do góry, suszyć pod kątem i kierować powietrze od nasady w dół, by wygładzić włos, ale nie spłaszczyć fryzury. Najlepiej działa metoda sekcji: dzielimy włosy na partie i każdą z nich modelujemy osobno, cierpliwie, jak robiły to supermodelki przed pokazem.

Końcówki są wisienką na torcie. Podwinięte lekko do środka lub wywinięte na zewnątrz, tworzą ten charakterystyczny efekt „bounce", czyli sprężystości, która wygląda luksusowo nawet w połączeniu z najprostszą stylizacją. Na koniec warto utrwalić fryzurę chłodnym nawiewem - to trik, który sprawia, że objętość nie znika po pierwszym wyjściu na wiatr.

 

Sprzęt, który robi różnicę - blowout bez fryzjera

Oczywiście, blowout lat 90. nie musi oznaczać godzin spędzonych z rękami w górze i szczotką w jednej dłoni. W domowych warunkach najlepiej sprawdzają się urządzenia typu suszarko-lokówka z wymiennymi nakładkami, które pozwalają jednocześnie suszyć i modelować włosy, dokładnie tak, jak w salonie, tylko szybciej. To właśnie okrągła szczotka jest tu najważniejszą końcówką: unosi włosy u nasady, wygładza długości i podkręca końce w ten charakterystyczny sposób. Koncentrator nawiewu przyda się z kolei wtedy, gdy chcemy dopracować pasma przy twarzy i uzyskać bardziej lśniący efekt. A jeśli chcemy podkręcić rezultat jeszcze bardziej, warto przed stylizacją nałożyć piankę. I voila! Efekt jak z katalogu, a stworzony w domowych warunkach.

 
Więcej o: