Na tego typu produkt polowałam od dawna. Przez ceramidy w składzie, ale także samą formułę, mleczko skojarzyło mi się z kultowym produktem od Rhode, Milk Glazing. Pierwsze zetknięcie potwierdziło przypuszczenia: mySKINtouch z laboratorium Miya z powodzeniem można stosować jako tańszy o 75% zamiennik produktu Hailey Bieber. Redukuje zaczerwienienia, koi skórę i wycisza ją, przygotowując pod dalsze etapy pielęgnacji. Dodatkowo, po użyciu cera staje się wręcz encyklopedyczną definicją glow.
Nie ukrywam, że zimą od kremu na co dzień wymagam znacznie więcej, niż latem. Wraz z nadejściem mrozów, moja skóra staje się wybrednym krytykiem. Potrzebuje nawilżenia i regeneracji, które działają jak plaster. Krem z nowej kolekcji Miya to poezja składników: ceramidy, wąkrota azjatycka, ferment ryżowy (moje ostatnie odkrycie), kwas hialuronowy i bukiet naturalnych olejków. Taka mikstura to prawdziwe orzeźwienie dla zmęczonej, przesuszonej skóry, a jej efekty widać natychmiast. Plusem jest też metalowy aplikator-masażer, który pobudza mikrokrążenie i wzmacnia działanie kremu.
Ten produkt zaciekawił mnie najbardziej. Nie przepadam za formułą maseczek, a jednak żelowa konsystencja produktu od Miya zdecydowanie zachęca do spróbowania. Producent zaleca, by nałożyć specyfik na 15 minut, aż warstwa maski zacznie przypominać "kokon". Przyznaję, że lepiej nie opisałabym tego uczucia. Dzięki ceramidom, kwasowi mlekowemu, prebiotykowi oraz gwieździe wieczoru - ekstraktowi z bawełny, cera staje się miękka, promienna i dogłębnie nawilżona. Regularne stosowanie tego produktu znacząco wpływa na wygląd i kondycję skóry. Używanie jest przyjemne, a efekty zdecydowanie warte zachodu.