W jesiennym makijażu dzieje się magia! Kiedy usłyszałam, że NYX połączył siły z netflixowym serialem "Bridgertonowie", wiedziałam, że to będzie coś dobrego. Zapomnijcie o sztampowych pająkach i wampirach. W tym roku na Halloween mamy być damami na królewskim balu maskowym. Cała kolekcja zaczarowuje estetyką coquette – jest zalotnie i elegancko. Już wiem, że będę polować na Royal Highlighters, bo ten odcień opalizującej brzoskwini brzmi jak marzenie. A błyszczyki Royal Butter Gloss? Biorę w ciemno, bo gładką jak masełko formułę Butter Gloss od NYX kocham od lat. To idealna okazja, by poczuć się jak diament sezonu bez wydawania fortuny.
Urodowe marki stały się jesienią nieco figlarne. Essence i Catrice stworzyło kolekcję inspirowaną disneyowską Alicja w Krainie Czarów. Uwielbiam, kocham i doceniam! W tamtym roku byłam nawet na pokazie zimowego ogrodu z Alicją, więc w tym zachwycę się makijażowymi perełkami. Mój absolutny faworyt? Balsam do ust w formie breloka w kształcie zegarka kieszonkowego Białego Królika. No błagam, czy może być coś słodszego? To ten typ gadżetu, który kupujesz dla opakowania, ale zostajesz dla świetnej formuły. Do tego paleta cieni z wirującymi wzorami, która jest cudownie absurdalna i urocza. Czuję, że tej jesieni mój makijaż będzie odrobinę bardziej szalony.
Obietnica efektu liftingu w 30 sekund brzmi jak czyste szaleństwo albo marketingowy chwyt. Ale bądźmy szczerzy – jeśli jakaś marka może dotrzymać takiej obietnicy, to właśnie Clarins. Ich nowy krem Total Eye Lift Moje to mistrzowie w dziedzinie pielęgnacji. Moje zmęczone od komputera oczy już zacierają ręce. Jego zaawansowana formuła, oparta na technologii podobnej do retinolu (ale delikatniejszej!), ma działać natychmiastowo. Wyobrażam sobie, że nakładasz go, idziesz zrobić kawę i wracasz do lustra, by zobaczyć wersję siebie z bardziej napiętą, rozjaśnioną i "wybudzoną" skórą wokół oczu. Używałabym go nawet jeśli to byłby to efekt "wow" tylko na kilka godzin. Biorę to w każdej ilości.
Pamiętacie, kiedy kilka lat temu świat oszalał na punkcie trendu "glass skin"? Cery tak nawilżonej, gładkiej i promiennej, że wyglądała jak idealnie gładka tafla szkła. To stało się moim świętym Graalem pielęgnacji – marzeniem o skórze, która promienieje zdrowiem od środka. I Drunk Elephant z nowym Amino Rain™ Glasswater Serum podaje rozwiązanie jak na tacy. Kiedy czytam skład, czuję ciarki ekscytacji: fermentowany kwas poliglutaminowy (który nawilża jeszcze mocniej niż hialuronowy!), kompleks aż czterech rodzajów kwasu hialuronowego, superaminokwas budujący kolagen. To brzmi naprawdę dobrze! Serum ma dawać nie tylko długofalowe efekty, ale też natychmiastowy, opalizujący blask, który potęguje efekt "szklanej cery". To produkt, od którego, jak podejrzewam, można się uzależnić. Nie od samego składu, ale od efektu, jaki daje – od patrzenia w lustro i widzenia najlepszej, najbardziej świetlistej i sprężystej wersji własnej skóry.
Żyjemy w czasach, gdy beauty guru każą nam stosować 12-etapowe pielęgnacje, a nasze łazienkowe półki uginają się pod ciężarem słoiczków, buteleczek i tubek. A czasem największym luksusem jest prostota. Zwłaszcza dla osoby, która żyje w ciągłym biegu. Koncept jednego kremu na dzień i na noc, który można wrzucić do torby i o nic się nie martwić, przemawia do mnie na poziomie molekularnym. Lekka formuła kremu KLOO jest idealna pod makijaż w ciągu dnia, ale jednocześnie wystarczająco odżywcza, by regenerować skórę w nocy. To minimalistyczny geniusz – produkt, który oszczędza mi czas, miejsce i mentalną energię. Cieszę się, że mogłam go przetestować i z ręką na sercu powiem: on faktycznie daje radę! To mądra, nowoczesna pielęgnacja dla zabieganych kobiet, które cenią sobie proste i skuteczne rozwiązania.
Jesień to też idealny czas, by zadbać o siebie trochę bardziej. Zimne powietrze nie ma litości dla moich ust, dlatego z ogromną ciekawością patrzę na nowość od La Mer – The Lip Treatment. To obietnica zamknięta w eleganckim, ciężkim słoiczku. Kiedy na niego patrzę, myślę o otuleniu ust najdelikatniejszym kaszmirowym szalem w mroźny dzień. To produkt hybrydowy, co uwielbiam – z jednej strony to potężna kuracja, która ma regenerować, leczyć i przywracać witalność delikatnej skórze. Z drugiej, to subtelny kosmetyk upiększający, który dzień po dniu delikatnie buduje naturalny, zdrowy kolor. To kwintesencja "no-makeup makeup" dla ust – wyglądają na zadbane, pełne i lekko zaróżowione, jakbyś właśnie wróciła ze rześkiego spaceru. Tak, to bez wątpienia inwestycja, ale jestem przekonana, że to ten rodzaj inwestycji w siebie, która z każdym użyciem poprawia humor. To mały, drogocenny rytuał, na który czasem po prostu trzeba sobie pozwolić.
A kiedy już cały świat śpi, ja planuję testować maskę do ciała na noc Jing od Rituals. Kojący zapach lawendy i drzewa sandałowego, żelowa konsystencja i obietnica nawilżonej, jędrnej skóry o poranku? To brzmi jak przepis na lepszy sen i łagodniejsze poranki. Lekka, niemal żelowa konsystencja wchłania się w skórę jak marzenie, nie zostawiając tłustej warstwy. Nakładasz ją na ciało i czujesz, jak skóra pije ten nawilżający koktajl. A potem po prostu idziesz spać i pozwalasz magii działać. Chyba każdy z nas lubi budzić się z jedwabiście gładką skórą prawda?
Ale cofnijmy się do fundamentów. Zanim w ogóle otworzę kosmetyczkę, mój dom musi pachnieć jesienią. I tu nie mogę doczekać się odpalenia świeczka Pumpkin Spice od Lush. Zamknij oczy i wyobraź sobie: otulający zapach świeżo parzonej kawy, słodka nuta wanilii i to korzenne ciepło cynamonu z goździkami. Odpalam ją wieczorem, owijam się kocem i oficjalnie ogłaszam: sezon na przytulność rozpoczęty. To mój mały, osobisty rytuał, który ustawia całą resztę.
I tak wygląda moja jesienna lista życzeń. To mieszanka luksusu, zabawy, nastroju i praktycznych rozwiązań. A ty? Co zamierzasz przetestować w tym sezonie? Możesz śmiało podpatrzeć ode mnie.