Moja wiosenna kosmetyczka to miks glow, komfortu i produktów, które naprawdę coś robią – nie tylko ładnie wyglądają na półce. Jeśli miałabym wybrać vibe tego sezonu? Świeżo, lekko, ale z charakterem. Trochę girl next door, trochę cool girl.
Nie jestem fanką ciężkich, teatralnych rzęs na co dzień – wolę efekt „obudziłam się i mam piękne oczy". I właśnie tutaj Maybelline Body Lash Sensational totalnie mnie kupił. Szczoteczka jest silikonowa i lekko spiralna, dzięki czemu dociera do każdej rzęsy – nawet tych, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Największy plus? Mogę stopniowo budować efekt wydłużenia – od naturalnego po intensywnie podkręcony. Jedna warstwa daje subtelne podkreślenie, a dwie lub trzy tworzą pełne, uniesione rzęsy bez grudek i bez sklejania. Formuła jest lekka, przy pierwszej aplikacji lekko śliska, ale to właśnie sprawia, że rzęsy nie są sztywne. Wyglądają miękko i naturalnie przez cały dzień – aż do wieczornego demakijażu.
MANGO YUZU • GASOLINE to nowy zapach niszowej polskiej marki Bohoboco. W sercu tej kompozycji znajduje się brazylijskie mango otulone herbatą jaśminową, irysem i konwalią. Towarzyszą im mandarynka o aksamitnej słodyczy i orzeźwiający kalamondin, splecione z ananasem oraz czarną porzeczką o głębokim tonie. Każdy, kto choć raz miał do czynienia z perfumami tej marki, wie, że to jedne z bardziej wyszukanych kompozycji – i tutaj jest dokładnie tak samo. Pierwsze wrażenie? Eksplozja soczystego mango i cytrusowego yuzu – świeża, energetyczna, wręcz uzależniająca. A potem pojawia się dymność, lekka surowość, coś niemal metalicznego. Nuta benzyny brzmi jak żart, ale na skórze okazuje się niesamowicie intrygująca – trochę prowokująca, trochę odważna, totalnie nieoczywista. To tropikalny, intrygujący zapach, po który sięgam, gdy chcę poczuć się bardziej „cool girl" niż „clean girl". Nie dla każdego, ale jeśli kliknie – to przepadniesz.
Charlotte Tilbury Magic Cream to dla mnie coś w rodzaju comfort product. Używałam poprzedniej wersji, która zaczynała jako backstage’owy sekret samej Charlotte – krem natychmiast poprawiający wygląd suchej i zmęczonej skóry gwiazd oraz modelek. Nic dziwnego, że szybko zyskał status kultowego. Nowa odsłona jest jeszcze bardziej dopracowana. Ma tę samą bogatą konsystencję, która daje efekt natychmiastowego „plump" i glow – idealną pod makijaż – ale mam wrażenie, że lepiej się wchłania i nie obciąża skóry. Formuła została wzbogacona o Recoverstem™ Peptide, czyli innowacyjny kompleks opracowany specjalnie dla marki, i faktycznie czuć różnicę – skóra jest bardziej nawilżona, wygładzona, wygląda świeżo. To dla mnie produkt, który daje lepszą wersję mojej skóry w 10 minut.
Polską markę Kloo odkryłam rok temu i od tamtej pory nie rozstaję się z ich mleczkiem owsianym do demakijażu. Jestem już w połowie kolejnej butelki z rzędu, a niedawno sięgnęłam też po ich nowość – produkt oparty na filtrach mieszanych, wzbogacony kwasem hialuronowym.
KLOO Daily Protection SPF 50 to kosmetyk, który skutecznie rozprawił się z moją ostatnią wymówką do pomijania SPF. Formuła wykorzystuje system Pro SPF, czyli połączenie filtrów fizycznych i chemicznych, które chronią skórę przed promieniowaniem UVA, UVB oraz światłem niebieskim. W praktyce oznacza to lepszą ochronę przed przebarwieniami i procesami starzenia. W codziennym użyciu jest ultralekki – naprawdę. Nie bieli, nie roluje się i nie obciąża skóry. Daje delikatny, zdrowy glow, dlatego świetnie sprawdza się solo albo pod bardzo lekki makijaż. Skóra pozostaje miękka, nawilżona i wygląda świeżo. To jeden z tych produktów, po które po prostu chce się sięgać każdego dnia.
Na otwarcie palety NARS Hot Escape (Medium) czekałam trochę jak na wakacje – wiedziałam, że jej moment przyjdzie, tylko potrzebne było słońce. Kolory są ciepłe, złociste i idealne do konturowania oraz dodania skórze życia. Bronzer ma idealny balans – nie wpada ani w pomarańczowe, ani w chłodne tony. To taki perfekcyjny efekt „sun-kissed". Rozświetlacz daje taflę, ale w eleganckim wydaniu – bez efektu brokatu. To paleta, która robi całą twarz w kilka minut i zawsze daje naturalny, promienny efekt. Już zdążyłam polecić ją przyjaciółkom.
Charlotte Tilbury Pillow Talk K.I.S.S.I.N.G w odcieniu Pillow Talk Deep to dla mnie upgrade klasycznego nude – bardziej wyrazisty, bardziej „main character energy". Kolor jest jagodowo-różany, ale nadal bardzo codzienny i łatwy w noszeniu. Formuła jest kremowa, lekko błyszcząca i niezwykle komfortowa. Usta są miękkie, nawilżone i wyglądają na pełniejsze bez większego wysiłku. Odkąd ją przetestowałam, od razu wrzuciłam ją do torebki. To jeden z tych produktów, który zawsze robi robotę.