Slow sex. Jakie błędy popełniamy w sypialni, kim jest sex coach oraz jakie pożytki płyną ze zlizywania czekolady?

W Radiu Zet Chilli prowadzi audycję Hani bal, poświęconą związkom seksu ze sztuką, literaturą, modą, kulinariami. Teraz wspólnie z Martą Niedźwiecką, sex coachem, napisała poradnik o slow seksie

Aneta Szeliga rozmawia z Hanną Rydlewską o tym, jakie błędy popełniamy w sypialni, kim jest sex coach oraz jakie pożytki płyną ze zlizywania czekolady z ciała partnera.

Wpisuję w wyszukiwarkę hasło slow sex i wyskakuje: "... wolniej znaczy lepiej", ". pośpiech idzie w odstawkę", ". pochwała powolnego seksu"...

Mam nadzieję, że nasza książka sprawi, że slow sex przestanie kojarzyć się z powolnością ruchów czy czasem trwania seksu. Tu chodzi o uważność, podejście do własnego ciała i ciała partnera, namysł nad tym, czym seks w ogóle jest, jak go traktujemy. Kiedy mówimy seks, najczęściej myślimy penetracja, a przecież seks to też wszystko wokół. Podział na grę wstępną oraz seks właściwy to są szkodliwe stereotypy, które sprawiają, że bardzo często seks sprowadza się do mechanicznej penetracji. Tego, że pędzimy w kierunku orgazmu, a nie potrafimy cieszyć się bliskością drugiej osoby, przyjemnością, którą ona wyzwala.

Książka składa się z pięciu rozdziałów. Każdy z nich otwiera pani rozmowa z Martą Niedźwiecką, a zamyka część praktyczna, czyli seria ćwiczeń, dotyczących danego zagadnienia. Skąd pomysł na taką formułę?

Ta książka to w zasadzie proces coachingowy. Wykreowałyśmy taką sytuację, w której ktoś przychodzi do gabinetu sex coacha, początkowo jest nastawiony sceptycznie do niektórych pojęć i powoli zaczyna wnikać w ten świat. Poradnikowe książki o seksie często sprowadzają się do nakazów/zakazów albo do oderwanych od życia teorii. Tu mamy część teoretyczną, której od razu towarzyszy część praktyczna. Chodziło o to, żeby czytelnik zainteresowany jakimiś zagadnieniami, o których rozmawiamy, mógł potem na własnej skórze przekonać się, o co chodzi.

Ale po co komplikować coś, co jest proste. Każdy przecież wie, jak "to" się robi.

Kiedy ludzie mówią o seksie lub mają się jakoś zastanowić nad swoją seksualnością, często pojawia się u nich odruch obronny, szczególnie u mężczyzn: przecież ze mną wszystko w porządku. Tymczasem dopiero zadając sobie mądre, a czasem mniej mądre pytania, możemy tak naprawdę poznać siebie i nasze oczekiwania seksualne. Może się okazać, że są zupełnie inne niż nam się wydawało. Temu służy proces coachingowy. Nie chodzi o to, żeby coach powiedział nam, jak mamy uprawiać seks albo czym jest dobry seks, to byłoby nadużycie. Chodzi o to, aby za pomocą spotkań z kimś, kto się zna na doskonaleniu seksualności, samodzielnie dojść do własnych przekonań, pragnień czy uprzedzeń.

Co zamiast gotowych rozwiązań znajdziemy w poradniku?

Narzędzia, z których możemy, ale nie musimy skorzystać. Równie dobrze możemy przeczytać tę książkę, nie wykonując podanych ćwiczeń, albo skupić się tylko na warstwie praktycznej.

Sex coach to nie to samo co seksuolog?

Sex coach nie jest lekarzem. Nie diagnozuje, nie wystawia recept, nie mówi, na jakie jednostki chorobowe cierpimy. Jest kimś w rodzaju mądrzejszego przyjaciela, któremu możemy wszystko powiedzieć. Pomaga nam dojść do prawdy o nas samych.

A czego pani dowiedziała się o sobie w trakcie pracy nad książką?

Największą korzyścią było dla mnie pozbycie się przekonania, że doskonalenie ciała jest czymś gorszym niż doskonalenie intelektu. Żyłam w przekonaniu, że czytanie książek, rozwój intelektualny to jest coś fajnego, natomiast dbaniu o ciało nie należy poświęcać zbyt wiele czasu ani się tym chwalić. Tak zostałam wychowana. Ten prymat intelektu nad ciałem był u mnie bardzo mocno zakodowany. Dziś wiem, że jedno wynika z drugiego i trzeba patrzeć na siebie jak na jeden scalony byt.

Innym istotnym odkryciem było to, jak ważne w seksie jest oddychanie. Wydawało mi się, że coraz szybszy oddech w trakcie aktu seksualnego jest zgodny z fizjologią, tymczasem okazało się, że oddychając w ten sposób, robimy błąd. I jak teraz o tym pomyślę, to jest logiczne - bardziej dotlenione ciało lepiej czuje. Marta pokazała mi, że techniki oddechowe mogą znacznie zintensyfikować nasze doznania. To jedna z praktycznych porad, których w naszej książce jest sporo.

A co do pani nie przemówiło w idei slow sexu?

Dla mnie, czyli osoby mocno stąpającej po ziemi, jest czymś egzotycznym witanie się z partnerem w łóżku jako król i królowa, którzy biją sobie pokłony. W moim przypadku mogłoby się to zakończyć salwą śmiechu. Ale rozumiem, o co w tym chodzi. Jak wyjaśniła mi Marta, ten rytuał sprawia, że osoby, które mają deficyty w sferze samooceny, mogą poczuć się bardziej dowartościowane. No ale wciąż jest to dla mnie kontrowersyjny pomysł. Kolejna rzecz - czakry. Niekoniecznie jestem je w stanie stuprocentowo zaakceptować, ale wierzę, że istnieje coś takiego jak energia w naszym ciele i że w akcie miłosnym jest istotne, żeby tą energią świadomie zawiadywać. Więc myślę, że nawet osoby sceptyczne wobec tych rozwiązań, które podsuwa tantra, tao, cała filozofia Wschodu, wyciągną z nich coś dla siebie, nie kupując może w stu procentach całości.

Skąd w nas ten sceptycyzm? Boimy się śmieszności?

Bardzo często przyglądamy się sobie z boku i cały czas siebie oceniamy. To jest coś, czego bardzo trudno się pozbyć. Co złego jest w zlizywaniu czekolady z ciała partnera, z czego sama się w książce podśmiewam? Na pewno to, że kojarzy nam się z tandetnymi poradami w stylu "Cosmopolitan", romantycznymi komediami z Meg Ryan, z rzeczami obciachowymi, z którymi nie chcemy mieć nic wspólnego. Uważamy, że my jesteśmy bardziej wysublimowani. Chcemy tak siebie widzieć. Tymczasem przyjemność często jest obciachowa. I taka umiejętność puszczenia się w seksie jest ważna. To powinna być jakaś pierwotna energia, bez autorefleksji na każdym kroku. Dopiero kiedy pozbędziemy się uprzedzeń, możemy przeżywać seks naprawdę.

Jakie błędy poza tym popełniamy w seksie?

Bardzo często gonimy za orgazmem. To dotyczy zwłaszcza mężczyzn. Trochę dlatego, że kulturowo są wychowywani na zadaniowców. Cel, czyli orgazm, utożsamiają oczywiście z ejakulacją. Wpływ na to mają też nawyki nabyte w okresie dorastania, przy masturbacji, która często odbywała się szybko, w ukryciu, jak najciszej. Te schematy mężczyźni powielają potem z partnerką.

Kolejny problem w łóżku, na który najczęściej skarżą się Polacy, to nuda. Wynika ona po części z lęku przed próbowaniem nowych rzeczy. Uczymy się kilku technik, kilku pozycji, czujemy się w nich bezpiecznie i wpadamy w schemat. Nie wiemy, co nam sprawia przyjemność, bo boimy się spróbować. A to musi prowadzić do nudy.

Co jeszcze gubi nas w sypialni?

Nieumiejętność skupienia na tym, co się właśnie dzieje, czyli brak uważności. Tu przydaje się mindfulness, sztuka bycia tu i teraz. W naszej książce znalazły się ćwiczenia, które właśnie z mindfulness się wywodzą. Idąc z kimś do łóżka, często idziemy do łóżka ze wszystkimi naszymi byłymi partnerami, wszystkimi byłymi partnerami naszego partnera, ze swoimi wyobrażeniami o sobie, o nim, z natrętnymi myślami o pracy, obowiązkach domowych. Wiadomo, że kochając się z mężem i jednocześnie myśląc, że dziecko jest chore albo że trzeba zrobić zakupy, nie przeżyjemy ekstazy.

Slow sex bez slow life chyba nie jest możliwy.

Rzeczywiście tak jest. Jedna sfera wynika z drugiej. Nie będziemy mieć dobrego seksu, jeśli nie zadbamy o swoje ciało. Wiadomo, że nie zamienimy się nagle w domorosłych rolników, którzy hodują ekologiczną marchew, ćwiczą i medytują, a w przerwach między doglądaniem ogrodu i sesjami jogi kochają się bardzo uważnie, bo nie mamy po temu warunków. Czasu, pieniędzy, ochoty. Trzeba przykroić postulaty ruchu slow do naszych realiów i złapać balans. Myślę, że wszystko zależy od wyznaczenia sobie priorytetów.

Więcej o: