Miasto 44. Czy czas kochać, gdy płonie miasto?

Miłosny trójkąt w czasie Powstania Warszawskiego ma unieść najbardziej oczekiwany polski film tego roku. Ale ?Miasto 44? Jana Komasy najlepiej sprawdza się jako epopeja wojenna, nie miłosna
Film młodego reżysera dla młodego pokolenia opowiadający im o ich rówieśnikach w czasie powstańczego zrywu. Tak zapowiadane było "Miasto 44". Jednak prace nad filmem trwały osiem lat. I tak młody reżyser Jan Komasa (twórca dobrze przyjętej "Sali samobójców") dziś, w dniu kinowej premiery swojego filmu, jest rok starszy niż Andrzej Wajda w dniu premiery "Kanału". Ale film nadal jest dla młodych - nowoczesny, spektakularny i o młodych - nie tylko o chłopaku i dwóch zakochanych w nim dziewczynach, ale o ich rodzeństwie, znajomych, przyjaciołach. Tych wszystkich, którzy stawili się na rozkaz w Godzinie W. I z których większość nie dożyła kolejnego lata. 

A lato 1944 było piękne. Stefan (Józef Pawłowski) spędzał je w pracy w fabryce Wedla. Nie miał i nie chciał mieć nic wspólnego z konspiracją. Jego ojciec, oficer Wojska Polskiego zginął w 1939 roku. Na barkach Stefana znalazło się utrzymanie matki, kiedyś popularnej aktorki i młodszego brata. Ale pewnego dnia Kama (Anna Próchniak), sąsiadka z wolskiej kamienicy, wciąga go w swoje konspiracyjne sprawy. Spotkany przy tej okazji dawno niewidziany kolega ze szkoły, Beksa (Antoni Królikowski) zaprasza Stefana na spotkanie ze swoimi znajomymi z podziemia. Tak Stefan poznaje Biedronkę (Zofia Wichłacz), delikatną panienkę z podwarszawskiego dworku, jakby nietkniętą przyziemnymi sprawami wojny. Z powodu tych dwóch dziewczyn Stefan łamie słowo dane matce i wstępuje w szeregi AK.

1 sierpnia stawia się na zbiórkę. Jak jego koledzy, jest pełen młodzieńczej nadziei, entuzjazmu i ulgi, że wreszcie "pokaże Niemcom". W końcu Armia Czerwona jest już po drugiej stronie Wisły, powstanie potrwa kilka dni, a potem będą w końcu wolni i będą mogli żyć, jak chcą... Przychodzi jednak pierwsza śmierć, a po niej kolejne. W końcu szlak ugrupowania Stefana, wzorowany na tym, jakie przeszło w czasie powstania słynne Zgrupowanie AK "Radosław", zmienia się w całe pasmo śmierci, klęsk i makabry. 

Na trasie z Woli przez Stare Miasto i Śródmieście na Czerniaków równolegle do działań wojennych toczy się historia miłosna. Historia rywalizacji dwóch dziewcząt - zwyczajnej, ciemnowłosej Kamy i delikatnej, płowowłosej Biedronki o serce, ale i duszę Stefana. Jednak w obliczu epickiego przedstawienia powstańczych zdarzeń ta historia blednie. Prawdziwe emocje przynoszą pokazane wprost, brutalnie, bez uciekania kamerą, wszystkie te potworności, jakie wtedy miały miejsce. Za ten realizm, za brutalną szczerość, należy się Komasie pochwała. Widać w "Mieście 44" wielką fascynację reżysera Spielbergiem. Ale znajdzie się tu i Tarantino, i Bollywood. Tak, niektóre sceny są niepotrzebne, jak ten nieszczęsny pierwszy pocałunek wśród świszczących kul, gdy świat dla bohaterów zwalnia bieg. Ale są takie, które zapamięta się na długo, może nawet na zawsze, jak krwawy deszcz po wybuchu czołgu pułapki na Starym Mieście, czy moment rodem z horroru w kanałach. Nic nie jest tu widzowi oszczędzone. Swym hiperrealizmem "Miasto 44" uzmysławia, jak ogromne morze cierpień i tragedii kryje się za dwoma prostymi słowami: powstanie warszawskie. 

Polityki w tym filmie właściwie nie ma, pojawia się w urywkach zdań, gdzieś w drugim planie. Drugim planie, który zresztą nierzadko wypada lepiej niż plan pierwszy (Tomasz Schuchardt, Antoni Królikowski). Stefan jest niestety tym dobrze nam znanym typem polskiego bohatera, którego przez całą jego historię ktoś musi albo pchać, albo ciągnąć. Tym kimś są dwie, zupełnie różne dziewczyny. To one w tym filmie mają siłę, determinację, odwagę. Z różnych powodów - Kama z poczucia obowiązku i realizmu, Biedronka - romantycznych wyobrażeń, które w starciu z rzeczywistością zmieniają delikatną panienkę w kobietę. Która z nich wyjdzie zwycięsko z sytuacji, w której zwycięzców nie było?