Życie w Balaganie

Katarzyna Żechowicz

Żyją i pracują między Warszawą a Tel Awiwem. W historii łączącej te dwa miasta skupiają się na rzeczach pozytywnych. Za taką uważają sentyment, którym darzą Polskę mieszkańcy Izraela i wzajemnie. Sentyment czuć również w tworzonych przez nich torebkach – minimalistycznych, ale w duchu „vintage”. Tak wygląda Balagan!


Z POLSKI DO IZRAELA I Z POWROTEM

Hania i Agata są jak dziewczyny z sąsiedztwa, z którymi chętnie poszłoby się na długi spacer po mieście albo na dobry koncert. Doskonale wiedzą, gdzie warto zjeść i gdzie dostaniemy najlepszy humus w Warszawie. Tel Awiw też znają bardzo dobrze. Ścieżki izraelskiego miasta najpierw przetarła Hania, która pojechała tam na wymianę studencką. W Tel Awiwie spodobało jej się mnóstwo rzeczy: jedzenie, architektura, moda. W oko wpadł jej też pewien chłopak, który dziś jest jej mężem. Swój czas dzielą pomiędzy dwa miasta, nie mogą żyć ani bez jednego, ani bez drugiego.

Tel Awiw / Fot. Shutterstock

Pasją do Izraela Hania zaraziła Agatę. Aktualne wspólniczki przyjaźnią się od liceum, a dokładniej od pierwszej lekcji kursów przygotowawczych do egzaminów na ASP. Obie chciały studiować wzornictwo przemysłowe i obie dostały się na wydział w Warszawie. Szybko zorientowały się, że mają zbliżony gust i pasje. Podobają im się te same ubrania, noszą podobną biżuterię. Ich znajomi z roku dziś projektują meble, maszyny, samochody. One - buty i torebki. Na jednej z imprez dopiero snując plany o założeniu własnej marki, po cichu wzniosły toast za Balagan. Ktoś inny usłyszał nazwę i tym razem głośno „ochrzcił” markę wykrzykując „Balagan, Balagan”! Wtedy już nie było odwrotu.


MIĘDZY WARSZAWĄ A TEL AWIWEM

Od początku zależało nam, żeby kontekst i historia marki były zawieszone między dwoma miastami, Tel Awiwem i Warszawą – mówią Hania i Agata. Nazwa też jest łącznikiem, bo polski „bałagan” w języku hebrajskim gubi jedynie kreskę przy „l”. Poza tym nawiązanie do nieporządku w marce, która stawia przede wszystkim na prostotę, wydawało im się fajne, przekorne, nie tak zupełnie na serio. Na pomysł stworzenia własnego brandu wpadły po powrocie z wymiany studenckiej (Agata spędziła ją w Portugalii). Zaczęło się od niewinnego projektu na uczelni, który wraz z coraz głębszym drążeniem tematu okazywał się świetnym pomysłem na biznes.

Brakowało nam w sklepach wyczyszczonych, minimalistycznych dodatków. Patrzyłyśmy na torebkę i mówiłyśmy: „byłaby super, gdyby dało się wymienić to, to i tamto” – mówią Hania i Agata. Jednocześnie nie chciałyśmy, żeby nasz minimalizm przypominał ten skandynawski, który jest już trochę wyświechtany – tłumaczą założycielki Balaganu. Ostatecznie wypracowały własną estetykę, którą nazywają „new vintage”.

Torebka Balagan w stylu "new vintage" / Fot. Balagan


POZYTYWNY KOMUNIKAT

W interpretacji Hani i Agaty minimalizm niewiele ma wspólnego z chłodnym, nowoczesnym stylem, wręcz przeciwnie - jest ciepły i bliski jak torebka po mamie. Inspirujemy się estetyką starych przedmiotów, uwielbiamy obłe linie w klimacie Bauhausu i polskiego modernizmu – mówią. Kochają architekturę lat 20. i 30., sporo jest jej właśnie w Tel Awiwie. Agata często odwiedza tam Hanię, gdy ta aktualnie nie przebywa w Polsce. Zwiedzają wtedy nieznane jeszcze zakątki miasta, odkrywają lokalną sztukę, przyglądają się ludziom.

Wiele razy zdarzyło im się, że ktoś w autobusie, słysząc je rozmawiające po polsku, zagadywał, wspominając nasz kraj. Kiedyś Hania poznała w domu przyjaciół starszą panią, jak się później okazało, Polkę żydowskiego pochodzenia, która wyjechała do Izraela w 1968 roku. Dobrze mówiła jeszcze po polsku i wszystko pamiętała. – Chcemy, żeby marka Balagan opowiadała między innymi o spotkaniu dwóch kultur. Aby w pozytywny sposób nawiązywała do sentymentu, który jest po obu stronach. Wiemy, że czasami chodzi o ciężkie, trudne wspomnienia, ale wiemy też, że mnóstwo osób z Tel Awiwu traktuje Polaków jak rodzinę – mówią Hania i Agata. Co ważne, nie mają zamiaru nikogo w tym temacie edukować. Raczej szerzyć pozytywny komunikat o polsko-żydowskiej więzi, kulturowych połączeniach. W myślach mają stworzenie przewodnika dla turystów z Izraela i Polaków odwiedzających Tel Awiw i Warszawę, z rekomendacjami dotyczącymi lokalnych, mniej oczywistych miejsc.

Modelki Balaganu to często ich znajome z Tel Awiwu / Fot. Balagan

– Oba miasta bardzo się od siebie różnią, chociażby pod względem tego, jak ubierają się ich mieszkańcy. W Polsce dziewczyny wyglądają dużo bardziej elegancko, szykownie. Mam wrażenie, że przykładają większą wagę do ubioru – mówi Hania. – W Izraelu jest dużo więcej luzu i nonszalancji, być może przez upał, albo po prostu taki mają styl. Dziesięć kolczyków w uszach i cała masa innej biżuterii, do tego podarte szorty, stara, wyświechtana koszula, klapki – to ubiór, który najczęściej można spotkać na ulicach – opowiada.

Założycielki Balaganu do swoich kampanii najczęściej zapraszają znajome z Tel Awiwu. Często proszą, aby zostawały w swoich ubraniach i nie zdejmowały biżuterii. Dzięki temu udaje się wiernie oddać modowego ducha izraelskiej ulicy. Przyznają też, że obcowanie z innym stylem ubierania rozciąga ich własne myślenie o modzie i bardzo mocno wpływa na to, co proponują potem w swoich kolekcjach. Z zaciekawieniem obserwują też, że kobiety z Izraela noszą ich buty i torebki do zupełnie innych zestawów niż kobiety z Polski. – W obu przypadkach nasze produkty wyglądają super! – cieszą się Hania i Agata.

Torebka "przed" i "po" / Fot. Katarzyna Żechowicz


TOREBKA ZA 600 ZŁOTYCH? WYJAŚNIAMY DLACZEGO

Sprzedaż w Tel Awiwie prowadzą za pośrednictwem internetu oraz partnerskich butików. – Izrael jest dużo droższy i mamy do czynienia z wieloma przeszkodami logistycznymi, by sprzedawać tam w takiej skali jak w Polsce – mówi Agata. – Na ten moment nie możemy sobie pozwolić, by w rozsądnej cenie wynająć przestrzeń w prestiżowej lokalizacji, porównywalnej do tej Warszawie.

Kolekcje Balaganu znajdziemy w butiku na Mysiej 3, który prowadzą na spółkę z marką Elementy. Bliska współpraca z Elementami to nie przypadek. Oba biznesy łączą podobne ideały.

W 2015 roku założyli razem kolektyw o nazwie Transparent Shopping Collective. Jest to zbiór zasad, którymi się kierują, a najważniejsza to transparentność cen. W sklepie online Balaganu można sprawdzić, z czego wynika cena każdego produktu. Założycielki nie mają przed klientkami tajemnic. Otwarcie, przy każdych butach i torebce piszą, ile procent ceny stanowi koszt produkcji i materiały, ile podatki, a ile marża, w której liczą się m.in. takie koszty jak pensje dla pracowników czy środki na rozwój. Oprócz tego dwa procent z dochodów z każdego produktu przekazywane jest na inicjatywy społeczne. – Często chodząc do sklepów, zastanawiałyśmy się, dlaczego na przykład spodnie kosztują 600 złotych, a po obniżce 200 złotych i nadal opłaca się je sprzedawać. To ile wart jest taki produkt? Chciałyśmy pokazać, że proporcje kosztów produkcji w stosunku do tego, co widzimy na metce, mogą być bardziej logiczne – tłumaczą Hania i Agata.

Agata dobiera kolor skóry / Fot. Katarzyna Żechowicz

W kwestii transparentności cen, razem z marką Elementy, były w Polsce pionierkami. Idealistyczne podejście do biznesu musiało jednak zostać zweryfikowane. – Początkowo wydawało nam się, że produkt musi konkurować cenowo z popularnymi sieciówkami. Teraz wiemy, że nie byłybyśmy w stanie się rozwijać, utrzymując tak niskie ceny przy zupełnie innych proporcjach marży i kosztów – mówi Agata. – Inaczej wyceniamy produkty niż na początku, ale nadal przyświeca nam idea przystępności. Nie boimy się zmieniać zdania w tej czy innej kwestii. Najważniejsze jest dla nas, by być szczerym i otwartym w komunikacji z naszymi klientami. Zwiększona marża nie wzbudziła ich buntu, ponieważ otwarcie mówiłyśmy o powodach. Dlaczego miałybyśmy to ukrywać? Nasze klientki to rozumieją i akceptują – mówią Hania i Agata.

Kiedy przed założeniem kolektywu pytały o opinię innych projektantów, żaden z nich nie wierzył, że dzielenie się informacją o marży może przynieść pozytywne skutki. A jednak. – Udało nam się zasiać ferment w branży. Teraz inne marki idą naszymi śladami. Idea transparentności się rozprzestrzenia, klienci zaczynają wymagać od marek więcej informacji – mówią właścicielki Balaganu. Hania i Agata.

Produkty Balaganu powstają w małych, lokalnych warsztatach / Fot. Balagan


"CHCEMY WSPIERAĆ LOKALNĄ EKONOMIĘ"

Absolutnym bestsellerem marki są buty Opera. – To nasze pierwsze dziecko i filar tej firmy – mówi Agata. Produkcja kolekcji Balaganu zlokalizowana jest w Polsce, komponenty często kupowane są z Włoch albo z Hiszpanii.

Nie chcemy wykraczać w tej kwestii poza Unię Europejską – mówią założycielki Balaganu. – Poza tym zależy nam na tym, by wspierać lokalną ekonomię. Jeśli dobry produkt możemy uzyskać, szyjąc w rodzinnym warsztacie w Małopolsce, to po co miałybyśmy zamawiać tę samą usługę pod Mediolanem? Czerpiemy dużą przyjemność z budowania relacji z naszymi rzemieślnikami i właścicielami zakładów. Bezpośredni i bliski kontakt ma wpływ na współpracę. Łatwiej się z kimś dogadać, rozwiązać problem, jeśli wypiłaś z nim kilkanaście kaw, niż z osobą, którą znasz jedynie przez maila – mówią Hania i Agata. Początki znalezienia odpowiedniego zakładu były trudne, ale w końcu trafiły na osoby, które podeszły do ich projektu z dużym poświęceniem. Za to są im bardzo wdzięczne.

Widok z okna biura Balaganu na Mokotowie / Fot. Katarzyna Żechowicz


"GDY BĘDĘ DUŻA, ZOSTANĘ WYNALAZCĄ"

Dziś Hania i Agata mają swoje biuro na Mokotowie. Mieszkanie w starym budynku z drewnianym, trzeszczącym parkietem tworzy miłą, domową atmosferę. Z okien widać drzewa i wąską uliczkę. Na parapecie leżą próbki skór, na regałach ustawione są prototypy butów i torebek oraz gotowe produkty. Ulubiona torebka Agaty to model Shuk. – Noszę ją non stop, do sklepu po bułki i do teatru – mówi Agata. Z kolei Hania uwielbia loafersy [rodzaj butów - przyp. red.] Saba i nowy model torebki o nazwie Rofe, która przypomina torbę lekarską. – Projektujemy razem, siły w firmie rozkładają się po równo, choć różnimy się charakterami. Hania jest wizjonerką, nie boi się nowych rzeczy, rzuca się na głęboką wodę, a ja jestem hamulcem, głosem rozsądku – mówi Agata. – Dogadujemy się nie dlatego, że myślimy tak samo, ale dlatego, że się uzupełniamy.

Hania już jako mała dziewczynka wiedziała, kim chce zostać w przyszłości. – Pewnego dnia poszłam z tatą do drogerii tam zauważyłam, że niektóre butelki perfum są ładne, a inne brzydkie. Zapytałam taty dlaczego – wspomina Hania – odpowiedział mi, że jest coś takiego, jak wzornictwo przemysłowe, na którym ludzie uczą się jak to zrobić, żeby były ładne i funkcjonalne. Z kolei Agata, gdy była mała, marzyła, by zostać artystką albo wynalazcą. Właśnie z tym połączeniem technicznych rozwiązań i zwiększonej wrażliwości estetycznej kojarzy jej się wzornictwo. – Możesz kształtować piękno, nadawać mu funkcję i sprzedawać. Możesz z tego żyć.

Buty Balagan / Fot. Katarzyna Żechowicz

Mistrzowie spinek

Katarzyna Żechowicz

Czy pomyślałbyś kiedyś, że w przyszłości będziesz sprzedawał spinki? -Nigdy – odpowiada Michał. Ale od początku widział w tym biznesie duży potencjał. Z kolei Julia spinki ma „we krwi”. Jej rodzice produkują ozdoby do włosów od 30 lat. Ale potrzebne było nadejście nowego pokolenia, by zrobić z nich produkt „fashion” i zbudować markę z prawdziwego zdarzenia. Tak powstało Turtle Story.


RODZINNE IMPERIUM

Najpierw był dobry produkt, potem ładne zdjęcie na Instagramie. Taka kolejność wcale nie jest dziś ani popularna, ani oczywista. Początkowo Julia naiwnie wierzyła, że wysoka jakość sama się obroni. Co do poziomu swoich spinek nie miała żadnych wątpliwości. Współpracuje z jednymi z najlepszych specjalistów w kraju, prawdziwymi mistrzami w swoim fachu. To doświadczeni pracownicy, którzy w fabryce rodziców są od zawsze. Okazało się, że sam produkt to nie wszystko. Potrzebny był też odpowiedni sposób prezentacji. No i opowiedzenie historii, która Julii znajdującej się w samym centrum tych wydarzeń, początkowo wcale nie wydawała się aż tak ciekawa.

Spinki Turtle Story

Julia urodziła się w Kanadzie. Jej mama pracowała tam w butiku z modą i akcesoriami. Zaczęło się od tego, że szyła materiałowe gumki do włosów, które bardzo dobrze się sprzedawały. Potem rodzice Julii wrócili do Polski i zajęli się sprowadzaniem biżuterii ze Stanów Zjednoczonych. W międzyczasie podróżowali do Francji, która w latach 90. była światowym liderem w dziedzinie akcesoriów. Tam poznali tajniki produkcji ozdób i odkryli wyjątkowy materiał – octan celulozy. Jest to organiczny surowiec uzyskiwany chemicznie, który przypomina stosowany kiedyś szylkret z pancerzy żółwi morskich. Tworzywo ma charakterystyczne cętkowate ubarwienie i dziś wykorzystuje się je przede wszystkim do produkcji oprawek do okularów. Korzystają z niego najwięksi gracze w branży, m.in. Luxottica, która w swoim portfolio ma takie marki jak Dolce&Gabbana, Chanel, Prada czy Giorgio Armani.

Z tej samej fabryki co Luxottica, octan celulozy kupują Julia i Michał. Obok nowoczesnych sprzętów, w rodzinnym warsztacie stoją jeszcze maszyny, które rodzice Julii przywieźli z Francji w latach 90. Wówczas liczne fabryki przechodziły proces automatyzacji, wyprzedając niektóre narzędzia. Do Polski przenieśli nie tylko część mechaniczną, ale też całą wiedzę na temat rzemieślniczego wytwórstwa ozdób. Własny zakład produkcyjny otworzyli 120 kilometrów od Warszawy. Zatrudnili tych, na kim najlepiej mogli polegać, czyli rodzinę. Do dziś w firmie pracują prawie sami wujkowie i ciocie Julii. Aktualnie z piętnastu zatrudnionych, tylko pięć osób nie jest związanych z rodziną.

Spinki z perłami to najmodniejszy dodatek tego sezonu / Fot. Katarzyna Żechowicz


SŁYNNE "FRANCUSKIE" SPINKI

Lata 90. były dobrym czasem dla biznesu rodziców Julii. Od zera, ciężką i konsekwentną pracą stworzyli spinkowe imperium. Ich produkty sprzedawały się w dużych ilościach, głównie do domów towarowych i sklepików branżowych, ale nigdy nie były opatrzone konkretnym „brandem”. Klientki nazywały je spinkami francuskimi, ponieważ na zapięciach, które do dziś sprowadza się gotowe z Francji, widniał napis „Made in France”. Umożliwiało to odróżnienie ich od ozdób chińskich, które wkrótce zalały polski rynek. Klientki zdążyły się jednak nauczyć, że to te francuskie były dobrej jakości. Rodzice Julii, tak samo jak i ona teraz, zawsze stawiali jakość na pierwszym miejscu. Nie skupiali się za to na budowaniu własnej marki. Produkowali dla innych firm i pod obcymi znakami towarowymi.

Pojawienie się Julii w firmie było jak powiew świeżości. Jako mała dziewczynka nigdy nie chciała pracować przy spinkach. Buntowała się nawet wtedy, gdy miała je nosić. Teraz ma głowę pełną pomysłów i olbrzymi zapał, by posiłkując się rodzinnym doświadczeniem stworzyć coś swojego. Nad marką Turtle Story pracuje razem z partnerem. Michał jako osoba „z zewnątrz” od razu postawił sprawę jasno: produkujemy u was, ale marka jest nasza, odrębna. Taki układ dobrze się sprawdza, ale obie działalności i tak wzajemnie na siebie wpływają. Nowe pokolenie reprezentowane przez Julię i Michała dało bodziec do wprowadzenia niezbędnych innowacji. Firma prosperowała dobrze, ale w kolekcjach pojawiało się niewiele nowych modeli. Nie dostrzegano też potencjału sektora z punktu widzenia aktualnej mody i designu. A jak się okazało, potencjał jest, i to ogromny!

Kolorowe spinki to specjalność Turtle Story / Fot. Katarzyna Żechowicz


UDANY EKSPERYMENT

Zanim Julia zabrała się za tworzenie nowych wzorów, zrobiła porządny „research” rynku. Zauważyła, że paradoksalnie brakuje na nim fajnych ozdób, takich które każdy chciałby nosić. Wszędzie trafiała za to na zbyt bogato zdobione spinki, nie nadające się na co dzień, albo na modele „kopiuj-wklej” z lat 90. Chcąc odświeżyć ofertę, zgromadziła informacje na temat aktualnych trendów i modnych kolorów. Bez doświadczenia w dziedzinie designu zaczęła rysować. To była okropnie mozolna praca. Spędzałam w firmie bardzo dużo czasu, często siedziałam tam do późnej nocy – opowiada Julia. Nowe pomysły z bloku rysunkowego trzeba było przenieść na realne formy. Do zmiany było wszystko – od obróbki materiałów, poprzez organizację pracy, aż po relacje międzyludzkie w zakładzie produkcyjnym. Julia musiała przekonać starszych i bardziej doświadczonych od siebie członków rodziny, że warto zainwestować czas i pieniądze, by otworzyć się na nowe, eksperymentować, odżyć.

Przełom nastąpił wtedy, gdy Julii udało się sprzedać całą kolekcję nowych spinek liczonych w tysiącach do hiszpańskiego domu towarowego. To był pierwszy krok, aby pokazać, że mam rację i zdobyć zaufanie rodziców oraz pozostałych pracowników warsztatu – opowiada Julia – to były też zalążki naszej własnej działalności Turtle Story.

Spinki z kolekcji "Unusual" przypominają przedmioty codziennego użytku / Fot. Katarzyna Żechowicz

Kolekcja sprzedana do Hiszpanii nazywała się „Unusual” i nadal jest flagową propozycją marki. Znalazły się w niej przedmioty codziennego użytku, ale w niecodziennej wersji. Nożyczki, klucze, puzzle zamiast ciąć, otwierać czy bawić, pełnią tu funkcję spinek. Co najlepsze, Julii i Michałowi udało się trafić w gusta dorosłych kobiet. Mimo, że zabawne, ich produkty nie są infantylne. Za cel postawili sobie „odczarowanie” spinek jako ozdób dla małych dziewczynek. Kolekcja „Legendary” to z kolei propozycja dla fanek rocka. Znajdziemy w niej usta jak u Rolling Stones’ów albo duże, czarne oko. Dużą popularnością cieszą się też spinki z kolekcji „Vintage”. Julia umieściła w niej modne aktualnie perły, a bazą są formy inspirowane ozdobami sprzed lat. Oprócz tego, powstają linie sezonowe i serie klamer (zwanych również łapaczami), które w Polsce właśnie wracają do łask.


JEDNA SPINKA? 8 DNI PRACY

Julii i Michałowi niewątpliwie sprzyjają trendy. Spinki z perłami to wielki hit Instagrama, który pojawiał się również na wybiegach u wielkich kreatorów. Najmodniejszy sposób noszenia spinek to kilka na raz i mieszanie różnych modeli. Spinki wreszcie odzyskują swoją dawną świetność, jako cenna ozdoba, o którą warto dbać. Nasza klamra kosztuje 90 złotych. Wcześniej mało kto w Polsce chciał tyle za nią zapłacić. Teraz, gdy klienci wiedzą, co kryje się za tak pozornie prostym produktem, są gotowi wydać więcej – mówi Julia. Wraz z Michałem zgodnie uważają, że nie należy iść na kompromis cenowy. To dlatego, że mają świadomość, ile czasu, uwagi i jakościowego surowca trzeba, aby wyprodukować jedną spinkę.

Diamenciki i ćwieki przymocowywane są do spinek ręcznie / Fot. Turtle Story

Cały proces trwa aż osiem dni. Najpierw z płaskiej tafli octanu celulozy laserowo wycina się pożądany kształt. Potem pracownik ręcznie wygina go, posługując się specjalną formą. W takiej postaci produkt trafia do studzenia, a następnie do kilku bębnów polerskich wypełnionych różnej wielkości kamyczkami i czasami wodą. Dzięki temu procesowi powierzchnia octanu celulozy staje się gładka i lśniąca. Ostatnim etapem jest składanie poszczególnych elementów, ręczne polerowanie i dekorowanie spinek. Specjalizują się w tym ciocie Julii, które własnoręcznie przyklejają do nich mikroskopijne kryształki i ćwieki. Oprócz tego, zakład dba, by przy produkcji powstawało jak najmniej odpadów. To, co zostaje odsyłane jest z powrotem do fabryki, gdzie surowiec jest ponownie przetwarzany.

Opakowania Turtle Story też są ekologiczne, powstają z kartonu z odzysku i nie ma na nich plastikowych nalepek. Filozofię „less waste” Julia i Michał przekazują również za pośrednictwem samego produktu. Chcemy przekazać ludziom, żeby zastanawiali się nad swoimi wyborami. Zamiast kupować pięćdziesiąt spinek z Chin, kupmy jedną, dobrą, lokalną, która starczy na lata – mówią. Nazwa „Turtle Story” to wspólny pomysł, ale Julia koniecznie chciała, by znalazło się w niej odniesienie do żółwia. Po pierwsze dlatego, że spinki powstają z materiału przypominającego jego skorupę, a po drugie żółw, tak jak i jej marka jest „slow”. [trend „slow fashion” – moda „spowolniona”, czyli świadoma i etyczna – przyp. red. ]

Tak wygląda łapacz po laserowym wycięciu kształtu z octanu celulozy / Fot. Katarzyna Żechowicz


NOWA HISTORIA

Dziś Turtle Story ma piękny Instagram, ich produkty sprzedają się na kilku platformach zakupowych (m.in. Showroom, Cloudmine) oraz w domach towarowych, a już wkrótce uruchomiony zostanie własny sklep internetowy. Praktyczne podejście Michała okazało się tu kluczowe. Wcześniej zawodowo zajmował się analizą biznesów. W przypadku Turtle Story nie wiedział, czy spinki będą miały kształt nożyczek czy kraba. Wiedział za to, że doświadczenia i umiejętności, którymi dysponują ich pracownicy nie zdobywa się z dnia na dzień. I że to świetny, niszowy biznes z olbrzymim, niewykorzystanym potencjałem.

Czy boją się, że jak minie moda na spinki to minie też dobra passa ich marki? My to robimy od 30 lat – mówi Julia. Boom na spinki nie dał początku naszemu produktowi. On nam tylko pomógł pokazać światu, że spinki są okej i że może je nosić każdy.

Spinki z kolekcji Turtle Story najlepiej nosić po kilka na raz! / Fot. Katarzyna Żechowicz

Architektura kształci najlepsze projektantki torebek? Mamy na to dowody!

Katarzyna Żechowicz

Dwie polskie marki, dwie różne historie, jedna wspólna pasja podparta architektonicznym zacięciem, które pozwoliło im osiągnąć sukces w modzie. Założycielki Mandel i Atomy tłumaczą, jak architektura pomaga im w aktualnym zawodzie, czyli projektowaniu torebek.


KIERUNEK ARCHITEKTURA

U Moniki Szymańskiej i Uli Skłodowskiej (Atomy) wszystko zaczęło się modelowo – dziewczyny dostały się na Architekturę na Politechnice Gdańskiej, gdzie przez kilka lat przygotowywały się do zdobycia tytułu inżyniera. Założycielka marki Mandel, Monika Kalicińska, wybrała studia w Anglii. Uniwersytet w Sheffield słynie z wysokiego poziomu na architekturze krajobrazu, o której wtedy marzyła. Wiedzę teoretyczną jeszcze podczas studiów postanowiła wykorzystywać w praktyce, wyjeżdżając na praktyki do Niemiec, a potem do Szwajcarii. Tam, pracując w dużej firmie, dowiedziała się, na czym tak naprawdę polega praca architekta.

Showroom marki Mandel przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie - tu obejrzysz i kupisz torebki / Fot. Katarzyna Żechowicz

Początkowo Monika (Mandel) była zauroczona dosłownie wszystkim: zaczynając od organizacji pracy i życia w Zurichu, aż po projekty, które przyszło jej realizować. To co najbardziej mnie ujęło w tamtej firmie, to totalna spójność projektów z naturą. Bardzo wpłynął na mnie klimat szwajcarskiej autentyczności i stonowanego designu - opowiada Monika. Chłonąc wiedzę na temat zasad dobrego projektowania, zaczęła zdawać sobie sprawę, że „coś zawsze musi wynikać z czegoś”.

Pierwszym etapem w przygotowaniu projektu architektonicznego zawsze jest tworzenie konceptów. Ta umiejętność ukształtowała w mojej głowie ideę od czego zacząć i co zrobić, aby rezultatem była konkretna forma - tłumaczy projektantka. Z perspektywy czasu pierwsze samodzielne "dzieła" wydają jej się śmieszne. Teraz wiem, że w designie powinna panować spójność i wynikanie jedno z drugiego. Nie można myśleć o poszczególnych elementach osobno. Priorytetem jest funkcjonalność i estetyka, a nie szalony pomysł w mojej głowie – opowiada Monika.

"Functionality beautifully wrapped" to hasło marki Mandel / Fot. Katarzyna Żechowicz


PRZYSSAWKI NA TELEFON? GENIALNE!

Rzeczywiście, w torebkach Mandel szaleństwa nie widać. Ale jest za to dużo więcej: uniwersalna estetyka i sprytne rozwiązania, które ułatwiają codzienne użytkowanie. Pierwszym pomysłem Moniki było doczepienie do wewnętrznej ścianki torebek przyssawek na telefon. W ten sposób posługując się tylko jedną ręką można szybko wyjąć komórkę bez konieczności szperania w torbie. Projektantka początkowo nie była pewna, czy pomysł spodoba się klientkom i czy nie zostanie uznany za dziwaczny. Reakcja kobiet ucieszyła projektantkę, mówiły „wow, przyssawki na telefon, to jest super”! Ale to nie jedyne funkcjonalne rozwiązanie w torebkach Mandel. Monika jest fanką kieszonek i przegródek. Tutaj nawet szminka ma swój własny kąt!

Nie wiem, czy wewnętrzna organizacja torebek jest związana z architektonicznym wykształceniem, czy moją własną osobowością – mówi projektantka – sama też lubię rzeczy ładne i praktyczne. Jako 10-latka samodzielnie zrobiła sobie łańcuchy na buty, aby nie ślizgać się na lodzie podczas wycieczki do Austrii. Wszyscy z niej żartowali, ale ostatecznie „wynalazek” spełnił swoją rolę. Dziś inżynierskie podejście do przedmiotów ma w małym palcu. Projektując skwery czy parki musieliśmy zawsze myśleć o funkcjonalności. Bardzo często pokazywano nam atrakcyjne, ale zupełnie niewygodne rozwiązania, jako przestrogę, by tego nie robić - opowiada Kalicińska.

Torebki Mandel - stylowy i praktyczny dodatek do każdego zestawu / Fot. Katarzyna Żechowicz

Torebki Mandel wyróżnia geometria i minimalizm, ale daleko im do surowości. Nie znoszę sztywnych i ostrych zakończeń, ale nie ze względu na estetykę, tylko praktyczność. Jak jest ostry róg w torbie, to z czasem na pewno będzie się wyginał. Torebka w kształcie koła, owszem, wygląda fajnie, ale ciężko ułożyć rzeczy w środku – tłumaczy Monika. Jednym z jej ulubionych modeli jest torba wiaderko – niby koło, ale jednak prostokąt. W środku znajduje się specjalna wkładka wymierzona pod laptopa, bo to torebka do pracy.


"BRZYDZĘ SIĘ CHIŃSZCZYZNĄ"

Oprócz architektonicznego porządku i obsługi profesjonalnych programów, bez których nie wyobraża sobie dziś pracy, Monika nauczyła się też miłości do natury. Dziś przekłada się ona na ostrą selekcję materiałów wykorzystywanych do produkcji torebek. Wybierając skórę kieruję się przekonaniem, że ma być widać, że jest prawdziwa. Nie lubię plastikowych materiałów, brzydzę się chińszczyzną – mówi Monika – w Szwajcarii i Danii, gdzie też byłam na praktykach, bardzo mocno zwraca się na to uwagę. Ostatecznie do realizacji swoich torebek wybrała skóry roślinnie garbowane, ponieważ uważane są za najmniej szkodliwe dla środowiska (w przeciwieństwie np. do skór chromowanych) oraz najlepsze dla ludzi, którzy pracują przy ich obróbce. W naturalnej skórze najbardziej podoba jej się to, że gromadzi w sobie historię. Nawet jeśli pojawi się jakaś rysa, jest ona oznaką prawdziwości i naturalnego piękna. Skóra torebki zużywa się tak samo jak skóra człowieka, muszą być na niej zmarszczki i inne znamiona – tłumaczy Monika.

Surowce kupuje z Włoch, ale torebki szyje w Polsce, w tej chwili praca rozkłada się na trzy szwalnie. Chce, żeby jej produkt był kojarzony z jakością, ale też dostępnością. Nie chcę, żeby klientki musiały czekać miesiącami na moją torebkę – mówi projektantka. W Polsce takie praktyki mają miejsce, przykładem jest Zofia Chylak znana z dużych sukcesów, ale też długiej listy oczekujących na jej produkty.

W torebkach Mandel wszystko ma swoje miejsce! Zupełnie jak w projektach architektonicznych / Fot. Katarzyna Żechowicz


NAGŁA ZMIANA PLANÓW

Dlaczego zrezygnowała z architektury na rzecz własnej działalności? Gdy zaczynałam studia, mój kierunek bardzo mi się podobał. Marzyłam o wielkim biurze projektowym i o tym, że będę planować parki i place. Zawsze byłam dobrą studentką, zależało mi na nauce, ale wszystko zmieniło się, gdy zaczęłam pracować – mówi Monika. Już podczas praktyk zorientowała się, jak bardzo wyobrażenia odbiegają od rzeczywistości. Okazało się, że codziennie musiała zostawać po godzinach, nawet do 2-3 w nocy. Poza tym frustrowało ją, że przygotowywanie projektów ciągnęło się w nieskończoność, pierwotne pomysły musiały być wielokrotnie zmieniane, a czasami nawet nie dochodziło do realizacji inwestycji. Gdy budowałam model jakiejś przestrzeni, często musiałam to powtarzać 20-30 razy. W pewnym momencie zastanowiłam się po co ja to robię i dla kogo. Stwierdziłam, że zbudowanie torebki zajmie mi znacznie mniej czasu – opowiada Monika.

Miarka przebrała się w 2015 roku. Wtedy młoda architekt postanowiła, że czas na zmiany. Wróciła do Polski, ponownie zakochując się w Warszawie i założyła markę Mandel. Nazwa ma dwa wytłumaczenia. Po pierwsze, w języku niemieckim i duńskim „mandel” oznacza „migdał”. Mały, w uwielbianych przez Monikę odcieniach brązu, naturalny – migdał wydawał się idealnym odnośnikiem. Po drugie, Mandel to panieńskie nazwisko babci Moniki.

Brąz to jeden z dominujących kolorów w kolekcjach Mandel


ATOMY? TO NIE BRZMI JAK MODA

Zupełnie inne skojarzenia budzi nazwa Atomy, za którą kryje się równie ciekawy projekt. To marka Moniki Szymańskiej i Uli Skłodowskiej, założona w Gdańsku. Atomy brzmią chemicznie, matematycznie, a przecież chodzi o modę. Nazwa wzięła się z prostego założenia marki – nasze torebki to produkty modułowe, które można ze sobą zestawiać na różne sposoby. Większość z nich powstaje przy wykorzystaniu tych samych kształtów, które roboczo nazywamy atomami – tłumaczą właścicielki.

Oprócz tego, projektantki starają się nie marnować materiałów. Z pozostałości skór po wykonaniu dużej torby przygotowywana jest mniejsza, a ze skrawków – drobne elementy takie jak paski do torebek i saszetki. Wpisuje się to w koncepcję „Lean Manufacturing”, której Monika i Ula od początku są wierne. Polega ona na ograniczaniu marnotrawstwa, zarówno w kwestii surowców, jak i ludzkiej pracy. Od początku miałyśmy w głowie produkt jak najwyższej jakości, który na pierwszym miejscu stawia człowieka – klienta, ale też wytwórcę. Okazało się, że taka forma produkcji powstała już dawno temu, nazywa się Lean Manufacturing, a jej pionierami byli Japończycy z marki Toyota – tłumaczą właścicielki Atomów.

Monika Szymańska i Ula Skłodowska - założycielki marki Atomy / Fot. Atomy


"PROMOCJA ODPOWIEDZIALNYCH ZACHOWAŃ TO DLA NAS PODSTAWA"

Wybór drogi eko wydawał się Uli o Monice oczywisty. Same też są świadomymi konsumentkami i wiedzą, ile zanieczyszczeń powoduje przemysł odzieżowy. Promocja odpowiedzialnych zachowań w świecie mody to dla nas podstawa – mówią zgodnie. Produkcję postanowiły zlokalizować w Polsce na Pomorzu, a skóry, podobnie jak u marki Mendel, są roślinnie garbowane. Ula i Monika korzystają z surowców wyprawianych tradycyjnymi i ekologicznymi metodami. Z tego powodu używana przez nich skóra jest mniej plastyczna i wymaga dużo ręcznej pracy. Wspieranie lokalnych warsztatów i podtrzymywanie rodzimego fachu to dla nich powód do dumy, ale też kwestia lepszej logistyki. Sprawujemy bieżącą i pełną kontrolę nad procesem tworzenia naszych torebek. Nie wyobrażamy sobie delegowania produkcji poza bliskie otoczenie – mówią projektantki.

Obie są fankami minimalizmu, co widać w proponowanych produktach, ale jak same przyznają, nigdy nie miały zamiaru trzymać się sztywno wyznaczonych sezonów czy trendów. Zależało im na uniwersalnych i ponadczasowych projektach. Każda z nas posiada w szafie skórzaną torebkę odziedziczoną po babci albo mamie. Były one dla nas źródłem inspiracji przy opracowywaniu form, które za 5 czy 10 lat nadal będą aktualne – tłumaczą Ula i Monika. Obecnie w kolekcji Atomów królują trzy barwy: czerń, beż i czerwień, ale dziewczyny planują wprowadzenie limitowanych serii o bogatszej kolorystyce. Ulubionym modelem Moniki jest No. 10, czyli flagowy produkt marki. Z kolei Ula jest dumna z rączek drukowanych metodą 3D (występują m.in. w modelach No. 3 i No. 1).

Bezpośredni związek z architekturą przekłada się na kształt torebek Atomy / Fot. Atomy


GDY MARZENIA STAJĄ SIĘ CELAMI

Ula i Monika zdają sobie sprawę, że bezpośredni związek z architekturą to ich mocna strona. Na co dzień poszukujemy przemyślanych, funkcjonalnych i ładnych form, które mają służyć wygodnemu życiu. Architektura jest naszym wielkim sprzymierzeńcem w procesie projektowym – potwierdzają dziewczyny. Monika, oprócz zajmowania się Atomami, współprowadzi biuro projektowe. Specyficzne spojrzenie na świat, którego wyuczyła się w zawodzie architekta, przekłada się na torebki – symetryczne, regularne i estetyczne. W środku wykończone są „na surowo”, ponieważ priorytetem jest odpowiednia organizacja przestrzeni. Stąd przegrody, zamki i kieszenie. Marka Atomy została niedawno wyróżniona znakiem jakości Must-Have podczas Łódź Design Festival. Co dalej? W tym momencie szykujemy się na targi w Nowym Jorku, lada moment wypuścimy też naszą trzecią, bardzo wyczekiwaną kolekcję – opowiadają projektantki. Plany ustawiają się u nich w kolejce i dziewczyny mają nadzieję, że starczy im sił oraz czasu na wszystkie projekty.

U Moniki z Mandela tempo jest podobne. Marzenia od razu stają się celami, a gdy tylko udaje się je zrealizować, na horyzoncie pojawiają się kolejne. Co poradziłaby młodym osobom, które zastanawiają się nad zmianą branży? Robić to co się lubi, nie tkwić, nie gnić w czymś, co nie przynosi szczęścia - mówi. Sama też snuje plany związane nie tylko z pracą. Chciałabym się ustabilizować, żyć jak dorosły człowiek, a nie z dnia na dzień i ciągle na walizkach – przyznaje. Stabilność okazała się też mocnym wsparciem dla Moniki i Uli z Atomów. Po trzech wspólnych latach pracy dalej potrafimy nawzajem się motywować i działać - mówią - Udaje nam się z sukcesem łączyć biznes z przyjaźnią i często zasypiamy wspólnie przy filmie ze szkicownikiem w dłoniach.

Biuro i pracownia marki Atomy zlokalizowana jest w Gdańsku / Fot. Atomy

"Kluczowe są relacje z ludźmi". Ania Banaczek, twórczyni Zaquad, ubiera największe gwiazdy polskiego show-biznesu

Natalia Stachacz

Kreacje Ani Banaczek “pojawiają się” na większości branżowych spotkań i eventów. Stworzony przez nią Zaquad najczęściej określa się mianem marki gwiazd, choć ona sama jeszcze cztery lata temu nie miała o celebryckim świecie zbyt wiele pojęcia.

BIZNES (PRAWIE) RODZINNY

Historia założycielki Zaquad jest dosyć typowa - o drodze zawodowej poniekąd zdecydowały tradycje rodzinne. Jej mama jest konstruktorem odzieży i od lat prowadzi własny zakład produkcyjny. Zaplecze techniczne to jeden z głównych powodów, które przekonały Anię Banaczek do otworzenia firmy. Poza tym chciała się sprawdzić i wykorzystać wiedzę zdobytą na studiach w praktyce. Choć, jak sama przyznaje, w powodzenie projektu raczej nie wierzyła
- Dawałam 2 proc. szans na to, że Zaquad “wypali”. Przed zainwestowaniem w ten biznes ostrzegała mnie mama, tłumaczyła że to trudna branża. Mi się na początku wydawało to absurdalne. Jak to? Moda to przecież taki przyjemny temat. Moje wyobrażenie zweryfikowały studia. Skończyłam Zarządzanie Strategiczne, później podyplomowo Zarządzanie w Sektorach Mody. Poznałam ten świat od podszewki. Okazało się, że praktycznie codziennie w Polsce jakaś marka modowa upada. Ludzie robią naprawdę piękne rzeczy, których nikt nie kupuje. Żeby odnieść sukces potrzeba czegoś więcej niż poczucia estetyki i pomysłu na kolekcję. Liczy się przede wszystkim wiedza biznesowa - podkreśla Ania. Świadomość ryzyka sprawiła, że projektantka podeszła do tematu bardzo chłodno. Wiedziała, że w naszym kraju większość firm z branży odzieżowej potrzebuje ok. dwóch lat na rozwój, a nawet przetrwanie tego okresu nie gwarantuje dalszego sukcesu. - Stąd te 2 proc. szans na przetrwanie. Nie nastawiałam się. Wolałam się pozytywnie zaskoczyć, niż rozczarować - podsumowuje Banaczek.

Zaquad to połączenie mody eleganckiej z casualową/ fot. Aleksandra Burska

- Wychowałam się wśród maszyn, tkanin. To dla mnie naturalne środowisko. Osoby, które kiedyś pracowały dla mojej mamy, teraz pracują dla mnie. To często ludzie starsi z niezwykłym doświadczeniem i wiedzą. Jak byłam mała traktowałam ich jak ciocie i wujków - uczyli mi tabliczki mnożenia, śpiewaliśmy razem piosenki. Dzięki temu mam poczucie, że Zaquad to w jakimś sensie biznes rodzinny - dodaje Ania. Jej mama, mimo, że nieprzekonana do pomysłu założenia przez córkę marki, była dla niej największym wsparciem. To właśnie ona robiła pierwsze konstrukcje ubrań Zaquad. Kobieta korzystała też z jej pracowni. - Mama jest nieocenioną pomocą. Zauważa rzeczy, na które nikt nie zwraca uwagi. Teraz występuje już raczej w roli doradcy, ale na początku taki doświadczony konstruktor był na wagę złota. To bardzo trudny zawód, który wymaga wielu lat nauki. Jedna nasza koszula miała kołnierzyk, który składał się z 16 elementów! Zrobić ubranie tak, żeby idealnie wyglądało i świetnie leżało to naprawdę nie lada sztuka - tłumaczy twórczyni Zaquad.

Zaquad stworzyła Ania Banaczek ok. 4 lata temu/ fot. Aleksandra Burska

MARKA GWIAZD

Zgodnie z przewidywaniami początki marki wcale nie były kolorowe. Mimo zatrudnienia profesjonalnej agencji PRowej, zrobienia pięknej sesji zdjęciowej i dużych inwestycji w jakość w pierwszym roku niewiele się działo. Połączenie strony biznesowej z artystyczną okazało się sporym wyzwaniem. - Jak tworzyłam Zaquad akurat był boom na polską modę, królowała szara, dresowa dzianina, czyli prosta konstrukcja i tani materiał. Ja postanowiłam się wyróżnić niestandardowymi fasonami i tkaninami. Postawiłam na oryginalne kroje i wyraziste wzory. Zresztą asymetria i ciekawe detale to do dzisiaj nasz znak rozpoznawczy - opowiada Ania, która od czterech lat działa bardzo konsekwentnie: wypuszcza dwie kolekcje rocznie, które są spójne z wizerunkiem i DNA marki.

Choć biznes rozkręcał się powoli, to właściwie od początku na ubrania Ani Banaczek zwracały uwagę polskie gwiazdy. Zaczęło się od dziennikarki Ewy Wojciechowskiej, która “wypatrzyła” Zaquad podczas dnia otwartego jednego z multibrandowych butików, w którym wystawiał swój asortyment. Później do grona fanek dołączyły m.in. Paulina Smaszcz Kurzajewska i Kinga Rusin. Z czasem firma Ani ruszyła z kopyta - Nie miałam żadnych znajomości, nie znałam w ogóle środowiska modowego. Pochodzę ze Skarżyska Kamiennej, do tej pory tam spędzam większość czasu. Moją strategią było dotarcie do osób, które szukają niestandardowych krojów. Nie przypuszczałam, że to się w taki sposób rozwinie. Za każdym razem jak widziałam swój projekt w gazecie, albo na jakiejś znanej osobie to robiłam wielkie oczy. To, że dzisiaj jesteśmy nazywani marką gwiazd to dla mnie szok, chociaż faktycznie niewiele jest polskich dziennikarek, aktorek czy piosenkarek, których jeszcze nie ubraliśmy. Nie uważam jednak tego określenia za łatkę, jestem z niego dumna - podkreśla Ania i dodaje - Zresztą zdecydowana większość tych osób to świetnie kobiety - pomocne, miłe, często skromne. Z wieloma dzisiaj przyjaźnie się prywatnie. W całej historii Zaquad była tylko jednak znana osoba, której zachowanie sprawiło, że już nigdy więcej nie będę chciała z nią współpracować.

Koronkowa biała sukienka okazała się hitem sprzedażowym. Chętnie wybierają ją także gwiazdy, m.in. Ania Skura i Maffashion/ fot. Aleksandra Burska

Jak wygląda współpraca marki modowej ze znanymi osobami? Jest kilka dróg. - Zdarza się oczywiście, że gwiazda dostaje od nas ubranie w prezencie. Częściej jednak po prostu je wypożycza - sama lub robi to dla niej stylista. Choć rzadko się o tym mówi, to marki muszą utrzymywać dobre kontakty nie tylko z celebrytami, ale przede wszystkim z ich stylistami. Trzeba jednak podkreślić, że gwiazdy również kupują nasze kreacje. Niejednokrotnie zdawaliśmy sobie sprawę, że ktoś znany zamówił naszą sukienkę lub garnitur dopiero kiedy realizowaliśmy opłacone z góry zamówienie. To mit, że gwiazdy nigdy nie płacą za swoje stylizacje na wielkie wyjścia - tłumaczy założycielka Zaquad. Jak się okazuje nieprawdą jest również to, że kreacja, w której pokazała się jakaś osoba publiczna, od razu staje się hitem sprzedażowym. Ania Banaczek przyznaje, że to pomaga wypromować dane ubranie, ale nie gwarantuje sukcesu. - Dobrze działa złożenie tej samej np. sukienki przez kilka osób - to pokazuje, że jest ona uniwersalna i można ją wystylizować na wiele sposobów. Poza tym bardzo istotna jest cena i coś, co jest zawsze dla nas pewną niewiadomą, czyli gust klientów.


PONADCZASOWE BESTSELLERY

Cztery lata doświadczenia sprawiły, że Ania potrafi wprawdzie mniej więcej przewidzieć co się spodoba jej klientkom, a co niekoniecznie, ale nie znaczy to, że w tym temacie nie ma zaskoczeń. - W każdej kolekcji mam kilka modeli wizerunkowych: odważne fasony, niestandardowe desenie, tkaniny, które nie są użytkowe na co dzień. To ubrania, które mają budować wizerunek, a nie budżet. Zdarzało się jednak, że to właśnie one okazywały się hitami sprzedażowymi. Tak było np. z maxi sukienką w kwiaty z odkrytymi plecami czy lateksowym, białym płaszczem. Cały czas je doszywamy - zdradza twórczyni marki. Inne absolutne bestsellery marki to m.in. biała koronkowa sukienka, którą upodobały sobie również gwiazdy (miały ją na sobie Ania Skura, Maffashion czy Natalia Siwiec). Świetnie się też sprzedaje sukienka garniturowa, czy dżinsowa z dużymi bufkami. Te kreacje również często widujemy na branżowych imprezach. Zdarzało się nawet, że dwie gwiazdy ubrane w ten sam model spotkały się na jednej imprezie. Jak podkreśla Ania Banaczek nigdy nie miała z tego powodu nieprzyjemności. - Zawsze jak wypożyczamy czy dajemy kreację, to informujemy, że ktoś znany już wcześniej ten model wybrał. Pamiętam jak Kasia Zielińska i Zosia Ślotała założyły na jakiś event ten sam projekt Zaquad. Podeszły do tego z ogromnym dystansem, zrobiły sobie wspólne zdjęcie. Zresztą wbrew pozorom wyglądały zupełnie inaczej, bo każda wystylizowała sukienkę po swojemu. To pokazuje, że nasze ubrania są naprawdę uniwersalne.

Pierwszy pokaz Zaquad odbędzie się 17 kwietnia/ fot. Aleksandra Burska

Zaquad to połączenie mody eleganckiej z codzienną. Ubrania, które z założenia mają się sprawdzić podczas wielu okazji - nie tylko na wielkie wyjścia, ale także np. w pracy. Ania Banaczek najwięcej sprzedaje sukienek i garniturów. Za wysoką jakością idzie też oczywiście cena, choć twórczyni marki podkreśla, że nie jest ona wygórowana - Nie uważam, żeby nasze rzeczy były za drogie. Tworzymy zgodnie z zasadą fair trade, dbamy o bardzo wysoką jakość. Dzięki temu, że mamy swoją szwalnię, mogę optymalizować produkcję i sprzedawać ubrania taniej, niż marki, które takiego zaplecza nie mają. Ja czekam na reakcję rynku, inwestuje już w “pewniaki”. Normalnie to się odbywa tak, że trzeba zamówić “w ciemno” dużą partię produktów i mieć nadzieję, że te rzeczy się spodobają. Szczerze mówiąc, gdybym nie miała swojej produkcji, to nie zdecydowałabym się na wejście w ten biznes. Wiem jak Polka jest wrażliwa na cenę, a z drugiej strony wiem, jak wielkie inwestycje trzeba poczynić, żeby wystartować i prowadzić własną markę. Branża modowa jest o tyle trudna, że właściwie co pół roku zmieniamy cały asortyment. Jak ktoś produkuje wodę, albo nawet kosmetyki to może kombinować z etykietą, wizerunkiem, ale nie ma potrzeby wypuszczać cyklicznie nowego produktu i właściwie od zera go promować. Ludziom się wydaje, że moda to taki lekki temat, a widzą tylko wierzchołek góry lodowej - tłumaczy Ania Banaczek. Jak cenowo plasuje się Zaquad? Na pewno dużo wyżej niż sieciówki. Sukienki kosztują od 400 do 1000 zł, okrycia wierzchnie od 500 do 1200 zł. Należy jednak pamiętać, że produkcja w Polsce nadal jest bardzo droga, choć rodzima moda od kilku lat przeżywa odrodzenie. Wiele lat temu marki znad Wisły był doceniane nawet za granicą. Lata 90. i początek XXI wieku to z kolei duży kryzys. Obecnie konkurencja jest spora - wiele firm upada. Trzeba mieć pasję, a za brandem powinna iść historia i jakość. Widać to chociażby na przykładzie wspomnianej już dresowej dzianiny - z całego mnóstwa takich marek do dzisiaj przetrwało dosłownie kilka.

Wnętrza butiku Zaquad przy ulicy Mokotowskiej w Warszawie/ fot. Aleksandra Burska

WSPÓŁPRACA ZE SŁYNNĄ "SAŁATĄ"

Choć Zaquad kojarzy się głównie z rodzimymi gwiazdami, to brand ma na swoim koncie sukcesy także poza granicami naszego kraju. Jako jedna z dwóch polskich marek został zaproszony do współpracy przez The Blonde Salad. To niesamowicie popularna platforma zakupowa, którą założyła Chiara Ferragni - najsłynniejsza blogerka modowa na świecie. Dla Ani Banaczek propozycja współpracy od tak dużej firmy była na tyle zaskakująca, że pierwszą wiadomość uznała za spam i zignorowała. - Dopiero kiedy przedstawiciele sklepu napisali do nas drugi raz - tym razem na Instagramie zrozumiałam, że to poważna oferta. Przygotowaliśmy dla nich dwa modele sukienek: w gwiazdki i cekinową. Sprzedało się wszystko. - zdradza twórczyni Zaquad. Propozycje z zagranicy napływają cały czas, zresztą taki kierunek rozwoju chce obrać Ania Banaczek i jej zespół. - Pracujemy nad sklepem w formie anglojęzycznej. Dostaliśmy propozycję wzięcia udziału w Fashion Weekach w Monako i w Londynie, wcześniej takie zaproszenie przyszło także z Moskwy. Współpracujemy też z blogerami z innych krajów. W Polsce jedyną tego typu osobą, która regularnie promuje Zaquad jest autorka bloga What Anna Wears?. Ale z Anią Skurą się po prostu przyjaźnie, choć nasza znajomość rozpoczęła się na polu zawodowym - opowiada właścicielka Zaquad i przyznaje, że w dzisiejszych czasach sprzedają właśnie social media. Na Instagramie i Facebooku marki budują swój wizerunek i docierają do szerokiego grona odbiorcy. Zaproszenie na Tydzień Mody w Monako, to prawdopodobnie następstwo współpracy z popularną Instagramerką z tego kraju.


NAJWAŻNIEJSI SĄ LUDZIE

Zanim jednak kariera zagraniczna Zaquad rozkręci się na dobre, markę czeka jedno wyjątkowe wydarzenie w Polsce - pierwszy wieczorny pokaz mody. - To dla mnie kolejny etap. Do tej pory organizowaliśmy spotkania prasowe, prezentacje kolekcji, teraz czas na galę. Dla projektanta to spełnienie marzeń. My chcemy to zrobić światowo, skupić się na ubraniach, reszta będzie raczej minimalistyczna.

Zaquad jest na rynku od czterech lat. Ania Banaczek w tym czasie przeszła drogę, którą inne marki pokonują w całe dekady. Jaki aspekt był kluczowy? - Za sukcesem zawsze stoją relacje z ludźmi: zarówno tymi wewnątrz firmy, jak i na zewnątrz. Nawiązaliśmy fajne kontakty ze stylistami, dziennikarzami, gwiazdami. Oni pomagają nam, my ich często ratujemy, kiedy np. potrzebują sukienki na już. Do tego zawsze jesteśmy otwarci na ich propozycje. Mam super zespół - jak trzeba coś zrobić, to szyjemy nawet w środku nocy. Dobra energia zawsze wraca. Sama nie byłabym w stanie tego wszystkiego zrobić, dlatego jestem ogromnie wdzięczna za ludzi, których napotkałam na swojej drodze. Razem stworzyliśmy Zaquad.

Zaquad - ulubiona marka gwiazd/ fot. Aleksandra Burska

Jak produkować ubrania w duchu fair trade? Marka NAGO daje świetny przykład

Natalia Stachacz

Przemysł odzieżowy jest odpowiedzialny za ok. 10 proc. wszystkich zanieczyszczeń na świecie. Więcej szkody dla środowiska robi tylko branża paliwowa. Codziennie nosimy na sobie ubrania pełne chemii, które szkodzą nie tylko naszemu ciału, ale także planecie. Mimo to, firm działających w zgodzie z ideą fair trade jest nadal stosunkowo mało. Czy można odnieść sukces produkując i sprzedając etycznie? Można. Trzeba tylko chcieć i działać konsekwentnie, tak jak robią to twórcy NAGO - marki, która zamiast sezonowych hitów, oferuje ponadczasowe ubrania uszyte z poszanowaniem dla natury.

NA WŁASNY RACHUNEK

Na pomysł założenia marki wpadli w lipcu 2018 roku. Już kilka miesięcy później, w październiku, ruszył oficjalny sklep. To imponujące tempo nie dziwi, bo twórcy NAGO znają polską modę na wylot. Julia Turewicz i Jasiek Stasz współpracują ze sobą od lat. Pierwszy raz ich zawodowe drogi skrzyżowały się ponad 7 lat temu w Showroom.pl. Jasiek razem z Michałem Judą był twórcą platformy, Julia ich pierwszym pracownikiem. Mimo ogromnego sukcesu, który odnieśli, w pewnym momencie poczuli, że nie odnajdują się już w tego typu strukturze. - Showroom dał zarówno mi, jak i Jaśkowi ogromne know-how. Przez te lata dużo nauczyliśmy się o biznesie, marketingu, e-commerce. Z drugiej strony czułam się zmęczona ciągłą presją, aby za wszelką cenę sprzedawać jeszcze więcej. Był nacisk na wynik, a sama idea się trochę zatarła - mając prawie 1000 marek trudno budować spójną strategię i wizję. To działania biznesowe, które całkowicie rozumiem, ale ja miałam coraz większą wewnętrzną potrzebę, aby rzeczy, które firmuję i promuję, były zgodne nie tylko z moją estetyką, ale także przekonaniami - tłumaczy Julia Turewicz. Jasiek Stasz odszedł z Showroomu już wiosną 2017 roku. Nie zdecydował się od razu na założenie kolejnej firmy. Zamiast tego wybrał się w podróż dookoła świata. To właśnie podczas niej nawiązał kontakt z ludźmi, którzy swoim ekologicznym podejściem do życia zainspirowali go do zmiany sposobu myślenia o modzie. Kiedy po powrocie spotkał się z Julią okazało się, że jej refleksje na temat branży są bardzo podobne. Tak powstało NAGO, marka w 100 proc. transparentna, w której cały proces produkcji i sprzedaży ubrań odbywa się w sposób ekologiczny i z poszanowaniem środowiska naturalnego.

NAGO to ubrania bazowe, uszyte z organicznych materiałów/ fot. Natalia Stachacz

- Taki projekt to duże wyzwanie. Na samym początku swoją wiedzą i zaangażowaniem wspierały nas Ania Pięta - niegdyś współorganizatorka targów Hush oraz Areta Szpura - założycielka kultowej marki Local Heroes. Dziewczyny działają proekologiczne, walczą o lepsze jutro, nie boją się głośno wyrażać swoich opinii. Ania była dla nas przewodnikiem po produkcji fair trade, podpowiadała co jest dobre, a co złe. Areta wsparła nas wizerunkowo, jej odbiorcami są w większości młode osoby - cieszmy się, że dzięki niej mogliśmy dotrzeć z naszą wizją tak szeroko - tłumaczy Julia. Teraz w urokliwym showroomie na warszawskiej Saskiej Kępie na stałe pracuje 5 osób. Oprócz Julii i Jaśka, są także projektanci i osoby koordynujące produkcję. Kolejne 5 osób współpracuje z marką zdalnie - to osoby odpowiadające m.in. za social media i PR. Ważną częścią zespołu są także dwa psy właścicielki: Bruno i Frugo, które jak żartobliwie mówi Julia, są odpowiedzialne za budowanie atmosfery.

Showroom NAGO mieści się na Saskiej Kępie/ fot. Natalia Stachacz

NA POHYBEL FAST FASHION

Współtwórczyni NAGO przyznaje, że prowadzenie firmy odzieżowej w sposób ekologiczny wymaga ogromnego zaangażowania i determinacji. - W Polsce dostępność eko materiałów jest bardzo niska, producenci nie dbają o to, żeby ich produkty miały odpowiednie certyfikaty, a my tylko z takich szyjemy. Dlatego tkaniny sprowadzamy głównie z Turcji. Tam można je zamówić w wersji eko. Są one opatrzone odpowiednim znakiem towarowym, np. OEKO-TEX (nadawanym przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Badań i Testowania w Dziedzinie Ekologii Tekstyliów i Skóry) lub GOTS. Taki certyfikat daje gwarancję, że to co kupujemy zostało wytworzone z poszanowaniem dla środowiska i ludzi: przy produkcji nie pracowały dzieci, dorośli dostali odpowiednie wynagrodzenie, zostały zachowane standardy jeśli chodzi o farbowanie, zużycie wody, czy CO2 - tłumaczy Julia i dodaje - Często się mówi, że jesteśmy tym, co jemy, a moim zdaniem jesteśmy też tym, co na siebie zakładamy. Chodzimy w ubraniach praktycznie 24h na dobę. Jeśli są one wykonane z pełnych chemikaliów materiałów, to te zanieczyszczenia przedostają się przez skórę do naszego organizmu.

Takim negatywnym symbolem działań fast fashion jest bawełna. Zapotrzebowanie na nią w ostatnich kilkudziesięciu latach bardzo wzrosło, a to wbrew pozorom roślina, którą trudno się uprawia. Zaczęto ją więc modyfikować genetycznie i co gorsze wspomagać jej wzrost pestycydami i środkami owadobójczymi. Bawełna jest niechlubnym rekordzistą jeśli chodzi o zużycie tych nawozów na świecie! Chemia nie tylko zostaje w glebie i zanieczyszcza środowisko, zostaje też w roślinie, z której później tworzone są ubrania. Stąd pomysł wytwarzania bawełny organicznej, której używamy m.in. w NAGO. Może ona być uprawiana tylko na ziemi, na której od kilku lat nie były stosowane pestycydy. Jest też ręcznie zbierana, dzięki czemu włókna są mniej uszkadzane, a tkanina później lepiej przyjmuję farbę. Sam proces farbowania też jest dużo bardziej ekologiczny - opowiada Julia. Oprócz bawełny ekologicznej w NAGO znajdziemy też ubrania wykonane z tencelu, cupro, lnu czy konopi. Tencel to materiał z włókna celulozowego, a konkretnie z eukaliptusa. Tkanina jest pozyskiwana z drzew, które są hodowane w sposób zrównoważony. Cupro to natomiast odpad pozyskiwany przy produkcji bawełny. Robi się go z łodygi, a nie z pączka. Często mówi się, że to wegański jedwab - jest delikatny, uciągliwy, trzyma temperaturę.

Julia Turowska razem z Jaśkiem Staszem stworzyli markę NAGO/ fot. Natalia Stachacz

GUZIKI Z ORZECHA I EKOLOGICZNE METKI

Pozyskanie ekologicznych certyfikowanych materiałów to niejedyne wyzwanie, które stoi przed markami działającymi w duchu fair trade. - Szyjemy w polskich szwalniach, ale znalezienie takiej, która podjęłaby się produkcji nie było wcale łatwe. Naturalne, eko tkaniny inaczej się zachowują. Nie każdy potrafi i nie każdy chce z nich szyć. A my nie chodzimy na kompromisy i dbamy o każdy detal, np. nie używamy żadnego plastiku do wykończeń. Standardem jest, że suwaki, regulatory, zapięcia są wykonane ze sztucznych materiałów. My plastik zastąpiliśmy metalem, a guziki robimy z... orzecha. To cięższe surowce - trudniej je wszyć, są bardziej wymagające i przede wszystkim droższe - dodaje Julia.

To właśnie dbałość o szczegóły i wyjątkowa konsekwencja w działaniu wyróżnia NAGO. Twórcy marki nie idą na kompromisy w żadnym aspekcie produkcji i sprzedaży. Metki wewnątrz ubrań są wykonane z organicznej bawełny. Metki zewnętrze, z ceną, są papierowe, zawieszone na sznurku i przypięte metalową agrafką. Julia i Jasiek przekonali też szwalnię, żeby nie wysyłała do nich gotowych produktów zapakowanych w foliowe torebki. Wszystko jest transportowane w bawełnianych woreczkach, które klienci mogą ponownie użyć - na zakupach, czy podczas podróży. Niedługo mają zamiar przerzucić się na ekologiczną bibułę, bo woreczki były dla nich dosyć problematyczne podczas segregowania zamówień. Ale zostaną najprawdopodobniej jako dodatek do produktów. Do wysyłki używane są tylko kartonowe pudełka i koperty, które mają wypełnienie z makulatury przetworzonej - świetnie zabezpieczają ubrania, ale nie zanieczyszczają środowiska. W kampanii promującej pierwszą kolekcję NAGO wystąpiła Julia Banaś, której idee marki są bardzo bliskie. Przygotowujący ją do sesji makijażyści zamiast klasycznych kosmetyków użyli naturalnych produktów, takich jak owoce, warzywa i zioła. Nawet lekko przygaszona, pastelowa paleta kolorystyczna ma związek z wyznawaną przez twórców marki filozofią bliskości natury. Wzory, neony, mocne odcienie wymagają użycia bardzo mocnych barwników, a przy samym procesie farbowania zużywa się dużo wody. To wszystko ma bardzo destrukcyjny wpływ na środowisko.

NAGO dba o każdy szczegół. Ekologiczne są nawet metki/ fot. Natalia Stachacz

Mimo tego Julia cały czas szuka nowych, ekologicznych sposobów, aby uatrakcyjnić kolekcje, które tworzą. Nadrukowanych printów póki co nie będzie, ale już niedługo w kolekcji pojawią się modne żakardy i tłoczenia. Z bawełny ekologicznej lub lnu planują stworzyć piękną koronkę. - Chcemy trafić do wszystkich. Nie tylko do osób, które w szczególny sposób dbają o ekologię, ale także tych, którzy po prostu cenią estetyczne, modne i ponadczasowe ubrania. Nie zamykamy się na nikogo. Nie krytykujemy, nie każemy wyrzucać z szafy rzeczy z poliestru. Zachęcamy jedynie, aby przy następnych zakupach postawić na coś, co posłuży dłużej, a jednocześnie będzie pasowało do naszej garderoby i naszego stylu - tłumaczy Julia. Wysoka jakość i ekologiczna produkcja niestety kosztuje. NAGO, tak jak większość działających w duchu fair trade marek, musi od czasu do czasu mierzyć się z zarzutami o zbyt wysokie ceny. - Przyzwyczailiśmy się jako społeczeństwo do tego, że możemy mieć dużo i tanio. Ale coś kosztem czegoś. Jeśli T-shirt kosztuje 19 zł, to nietrudno się domyślić, że jakiś aspekt związany z jego produkcją musiał zostać potraktowany po macoszemu. Przecież firma odzieżowa zapłaciła za materiał, robociznę, transport, marketing. Ile ostatecznie wydała na każdą z tych rzeczy skoro sprzedaje gotowe ubranie za niecałe 20 zł i jeszcze na tym zarabia? Ile kosztował materiał? Jaką dzienną stawkę mają osoby pracujące na plantacji bawełny, z której ta bluzka została później uszyta? - pyta retorycznie współtwórczyni NAGO i dodaje - Z jednej strony chcemy kupować tanio, a z drugiej oburzamy się na głodowe wynagrodzenia osób pracujących przy produkcji ubrań.

Bruno (na zdjęciu) i Frugo codziennie towarzyszą ekipie marki NAGO/ fot. Natalia Stachacz

KONKURENCJA CZY INSPIRACJA?

Jakość produktów NAGO widać na pierwszy rzut oka - materiały są mięsiste, ale bardzo przyjemne w dotyku. Uwagę zwracają starannie wykończone detale: podszewki, zaszewki, zaszycia. Ubrania zdecydowanie zyskują na żywo. Być może dlatego, że ciężko jest w atrakcyjny sposób pokazać elementy bazowe, a głównie takie marka ma w swojej ofercie. Flagowy produkt to body - w kolekcji występuje w kilku wariantach: do wyboru są różne fasony, długości rękawa, czy typy dekoltu. Poza tym są także sukienki, spódnice i spodnie. Bez problemu można z tych elementów stworzyć garderobę kapsułową, która będzie nam służyła latami, bez względu na zmieniające się trendy.

Kiedy pytam współtwórczynię NAGO, czy jako marka mają poczucie, że "narażają" się branży, mówiąc głośno prawdę o masowej produkcji ubrań, Julia zdecydowanie zaprzecza. - Chcemy pozytywnie inspirować, a nie straszyć. Nikogo nie krytykujemy, wręcz przeciwnie. Doceniamy każde proekologiczne decyzje. Oczywiście swoją działalnością wywieramy nacisk na wielkie korporacje, ale zdecydowanie wolimy współpracować, niż wytykać błędy. Tylko w taki sposób, RAZEM, możemy coś zmienić. Sieciówki mają swoje na sumieniu, ale skala ich oddziaływania jest tak duża, że wprowadzając jedną organiczną linię do swoich kolekcji, są w stanie zainteresować tematem produkcji fair trade więcej osób, niż 1000 małych firm jak nasza. Dlatego bardzo popieramy takie działania i mocno im kibicujemy. Bo finalnie wszyscy na tym zyskają: duże marki, małe marki, klienci i przede wszystkim środowisko.

Flagowy produkt NAGO to body/ fot. Natalia Stachacz

Psychoanalityczka, która została projektantką. Dorota Goldpoint udowadnia, że wszystko można zmienić

Katarzyna Żechowicz

Przez dziesięć lat pracowała jako psychoanalityczka. Od pięciu lat prowadzi własną markę odzieżową. Gdy zaczynała, miała w głowie konkretny plan - chciała ubierać dojrzałe kobiety, pomagając im ze zmianami, które zachodzą w ich ciele i umyśle.

Z gabinetu terapeuty do przymierzalni

Czy nie żałuje zmiany profesji? - Nie należy żałować decyzji, które się podjęło - mówi Dorota Goldpoint, z wykształcenia psychoanalityczka, z pasji i aktualnego zawodu - projektantka mody. Jej historia to dowód na to, że nigdy nie jest za późno, by coś w życiu zmienić. Dorota zmieniła dużo, bo z gabinetu, gdzie prowadziła terapie z pacjentami przeniosła się do atelier. Konferencje naukowe i konsultacje psychoanalityczne zamieniła na targi tkanin i pracę z krawcowymi. Teraz też pomaga ludziom, ale skupia się na kobietach. Tych dojrzałych - po czterdziestce albo po pięćdziesiątce, które według niej zostały przez branżę mody zaniedbane.

W atelier Doroty Goldpoint Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Spotykamy się na Saskiej Kępie, gdzie w jednym z szeregowców znajduje się studio i pracownia Doroty Goldpoint. Na parterze, w salonie domu zaaranżowano kameralny sklep z dwoma wieszakami i wygodną przymierzalnią. W salonie jest też kominek, dwa wielkie fotele w stylu glamour i stolik, na którym leżą najnowsze magazyny. Od progu pachnie perfumami, miksturą stworzoną specjalnie przez Dorotę. Jest dość ciężka, ale przyjemna, idealnie pasuje do klasycystycznej aranżacji wnętrza. Ona sama prezentuje się w czarnej, eleganckiej bluzce (na pewno z jedwabiu) i skórzanej spódnicy. Widać, że jest przyzwyczajona do przyjmowania gości. Czuje się swobodnie, gdy zaczynamy robić zdjęcia i rozmawiamy o kulisach jej pracy.


"Jestem w stanie ubrać każdą sylwetkę"

- DNA mojej marki to trzy filary: luksusowy minimalizm, naturalne tkaniny i respekt dla kobiecości - zaczyna Dorota. Co kryje się za tymi hasłami? Projektantka ma wyraźnie zdefiniowany obraz tego co chce i tego, czego nie chce robić. W tej pierwszej kategorii znajdują się ubrania klasyczne, ale koniecznie nowoczesne. Mają być w trendach, ale nadrzędna jest prostota, minimalizm i uniwersalność. Dorota unika dużych zdobień, zbyt intensywnych wzorów, falbanek i innych akcentów, które mogłyby się szybko "przeterminować". Stawia za to na naturalne tkaniny, które stanowią 95 proc. wszystkich jej kolekcji. Najczęściej wykorzystuje jedwabie - w przeróżnych odmianach, z których może uszyć i delikatną suknię i codzienną marynarkę. - W tym roku wprowadziłam jedwabny tuset, który idealnie nadaje się do garniturów. Ma tę zaletę, że się nie gniecie i bardzo pięknie się układa - tłumaczy Dorota. Do ulubionego jedwabiu, w okresie letnim dodaje bawełnę i len, a w okresie zimowym - wełnę, w tym kaszmir.

Skórzana sukienka z kolekcji Doroty Goldpoint Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Wbrew aktualnej tendencji, nie rezygnuje z naturalnej skóry, co jakiś czas w projektach pojawia się również futro. Zdarza się, że z tego powodu jest ostro krytykowana. O tym, jakich argumentów używa opowiem za chwilę. Najpierw o trzecim filarze, czyli wspomnianym respekcie dla kobiecości. Choć wymieniany jako ostatni, wydaje się być najważniejszym. - Jestem w stanie ubrać każdą sylwetkę - od rozmiaru 34 do 54. Nie ma dla mnie żadnych ograniczeń, jeśli chodzi o trudne figury, czy niestandardowe wymiary - mówi Dorota Goldpoint. I tutaj wygrywa z tzw. "sieciówkami", które produkują pod jeden schemat. A przecież jest mnóstwo kobiet, które mają mniejszą górę i większy dół (albo na odwrót) i też chcą wyglądać dobrze.


Branża mody to nie tylko millennialsi

- Moda goni za tym, żeby ubierać bardzo młodych ludzi, a mi się wydaje, że zapomniana jest grupa kobiet 40 plus, 50 plus i starszych. Są to kobiety, które w związku z różnymi przemianami w obrębie ciała, umysłu, postrzegania i pozycji społecznej potrzebują również zmiany swojego stylu ubierania się - mówi Dorota Goldpoint. Jednocześnie przypomina, że w wieku około 38 lat zaczyna się kryzys wieku średniego, który kończy się po czterdziestce. Taki kryzys to ważny moment i czas wielkich podsumowań, które czasami prowadzą do drastycznych zmian. - Dzieci zaczynają dorastać, a my zastanawiamy się, czy nasza aktualna praca oraz związek pozwalają cieszyć się życiem - tłumaczy Dorota.

Dorota Goldpoint Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Ona sama jest przykładem kobiety, która w wieku 45 lat przeszła podobny kryzys, zapragnęła zmian i ostatecznie postawiła wszystko na jedną kartę, czyli na totalną metamorfozę. - Przez wiele lat zmagałam się z wypieranym poczuciem, że szycie ubrań nie jest czymś wyjątkowo ambitnym - opowiada, dodając szybko - ale gdzieś w głębi duszy i serca czułam, że czegoś mi brakuje. Minęło sporo czasu, zanim podjęła ostateczną decyzję. Była ona ciężka nie tylko dla niej, pomysł zostania projektantką zaskoczył również otoczenie Doroty. Nie wszyscy wspierali ją w nowych planach, choć najbliższa rodzina mocno jej kibicowała. Ostatecznie pasja tworzenia i duch kreatywności wygrały, choć nie oznacza to, że Dorota zupełnie odcięła się od psychoanalityki. Umiejętności zdobyte w poprzedniej pracy z powodzeniem wykorzystuje w aktualnej.


Psychoanalityczka, która została projektantką

Celem było stworzenie miejsca, w którym klientki będą wiedziały, że ktoś je wysłucha, że jest druga kobieta, która je rozumie i jest zainteresowana ich potrzebami. - Wydaje mi się, że to się udało. Kobiety, które do mnie przychodzą, są zainteresowane nie tylko ładną sukienką - opowiada. Projektantka staje się dla nich powierniczką, a klientki chętnie się otwierają. Być może jest to zasługa wyjątkowo ciepłego usposobienia Doroty, a być może doświadczenia w roli psychoterapeuty. Po tamtej pracy przeżyła swego rodzaju żałobę, ale mówi, że to normalne, bo po każdej stracie (czy z własnego czy nie z własnego wyboru) pozostaje smutek.

W atelier Doroty Goldpoint Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

- Bardzo często myślę o swoich pacjentach, z niektórymi do tej pory mam kontakt. Praca, którą wykonywałam przez tyle lat nie znika nagle. Ona funkcjonuje w moim wnętrzu. Obraz psychoterapeuty, który przysypia podczas gdy pacjent leży na kozetce jest błędny. To bardzo trudny zawód, w którym pracuje się własną psychiką i własnym wnętrzem - tłumaczy. Z aktualnym zajęciem ma jednak sporo wspólnego. Dorota zawsze była tą mniej ważną. Uwaga skupiała się na pacjencie i jego potrzebach. Teraz jest podobnie, tyle że w relacji projektant-klient. - Ja nie wróżę z fusów, tylko rozmawiam z klientkami. Jeśli kobieta rozstała się z mężczyzną albo została porzucona, to ja wiem, czego jej trzeba.

W swoim atelier na Saskiej Kępie czuje się dużo lepiej niż w świetle reflektorów. Choć czasem ubiera gwiazdy i towarzyszy im na imprezach, mówi że ścianki nie są dla niej. - Dla mnie najważniejsze jest to, co przeżywam i tworzę w kontakcie z moją klientką, ale też to, co tworzę sama. Bardzo lubię takie momenty w nocy, kiedy szkicuję i wyobrażam sobie gotowe kolekcje. Proces twórczy zazwyczaj ma miejsce w jej domu, gdzie czuje się bezpiecznie i gdzie zwykle pracuje po zmroku. Inspiruje ją sztuka, głównie obrazy i rzeźby. Te ostatnie kocha najbardziej - za przestrzenność. Rzeźby zdobią również jej atelier. Złota w formie kobiecego ciała stoi na kominku. Dwie białe - abstrakcyjne zapełniają blat komody. Jeszcze inna, tym razem z surowego drewna towarzyszy Dorocie w gabinecie. Następną sesję zdjęciową nowej kolekcji zamierza wykonać w galerii sztuki na Pradze, którą niedawno odwiedziła.

W atelier Doroty Goldpoint Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta


Złoty środek - recepta na wszystko

Bohaterką ostatniej kampanii była Grażyna Szapołowska, która dla Doroty jest uosobieniem respektu dla wieku i kobiecości. Aktorka poprosiła, by na zdjęciach nie wygładzać jej zmarszczek. Chciała widzieć swoją twarz taką, jaka jest. Chciała być prawdziwa. W tym podejściu zgadza się z nią Dorota Goldpoint, która również nie lubi sztuczności. Nie ma nic przeciwko medycynie estetycznej, ale uważa, że powinno się z niej korzystać z umiarem. Umiar to dla projektantki słowo klucz we wszystkich sferach jej życia. - Od zawsze dążę jako osoba, jako matka i jako żona do złotego środka, czyli do pewnej równowagi, którą próbuję przekazać również w moich kolekcjach. Złoty środek był też inspiracją dla nazwy marki i pseudonimu artystycznego "goldpoint". Oprócz tego złoto kojarzy się z luksusem, a do takiej kategorii należy zaliczyć propozycje Doroty.

W atelier Doroty Goldpoint Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Ceny ubrań są wysokie, ale w ocenie projektantki można je traktować jako "investment pieces", czyli elementy inwestycyjne - dobre na lata. Dojrzałe kobiety, do których Dorota kieruje swoje produkty, nie kupują ubrań hurtowo. Według niej najważniejsze jest dla nich odpowiednie skompletowanie garderoby. Mają się na nią składać częściej wymieniane "basiki" (T-shirty, jeansy - mogą pochodzić z sieciówek) oraz droższe, lepsze rzeczy (żakiet, sukienka wizytowa, garnitur od projektanta) kupowane pojedynczo, raz w sezonie. Warto zainwestować wtedy w dobrze skrojone ubranie z jakościowego materiału.

Wiele elementów kolekcji Doroty Goldpoint to odpowiedź na jej własne potrzeby. - Chciałam, aby kobieta 40 plus nie wyglądała pańciowato. My nie chcemy wyglądać poważniej, ale nie chcemy też wyglądać jak nasze córki. Chcemy prezentować się świeżo i młodo, czyli adekwatnie do wieku i sylwetki - tłumaczy Dorota. Naturalne materiały mają być nie tylko komfortowe. Projektantka widzi w nich przyszłość mody zrównoważonej, czyli takiej, która dba o środowisko i przyszłość naszej planety. - Nie jestem popularna w swoich wyborach, szczególnie jeśli chodzi o naturalne skóry, ale uważam, że idę w kierunku ochrony zdrowia ludzkiego i przyrody, bo stawiam na długotrwałość ubrań. Skórzana kurtka starczy na minimum dziesięć lat. Ile sztucznych kurtek kupilibyśmy w tym czasie? - pyta retorycznie. Najbardziej dumna jest właśnie z tego, że jej marka wpisuje się w prąd "sustainable fashion". Projektantka planuje również dużą akcję społeczną promującą modę zrównoważoną, a także dobry styl w dojrzałym wieku. Narazie jednak nie chce ujawniać szczegółów, obiecuje, że o wszystkim będzie na bieżąco informować.

W atelier Doroty Goldpoint Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta


"Made in Saska Kępa"

Pod koniec spotkania poznaję również panią Basię - prawą rękę Doroty Goldpoint w sprawach technicznych. Projektantka mówi o niej "moja ukochana krawcowa", twierdzi, że rozumieją się bez słów. W końcu znają się prawie 30 lat. Pierwszy kontakt z szyciem Dorota miała w klasie maturalnej, gdy skończyła kurs zrobiony na własne potrzeby, a potem regularnie spotykała się z krawcową, by realizować swoje szalone pomysły. Tak, kiedyś ubierała się ekscentrycznie, ale dziś zdecydowanie woli minimalizm. Wszystkie ubrania powstają w pracowni nad atelier. U Doroty Goldpoint pracuje w sumie sześć krawcowych, ale w gorących okresach, na przykład przed pokazem, opłaca dodatkową pomoc. Lekkość swoich ubrań zawdzięcza odpowiedniej konstrukcji i wykończeniu. - Czasami mówi się, że klasyczne rzeczy są siermiężne. Ja pokazuję, że one wcale takie nie muszą być. Oprócz tego, mając mini-szwalnię na miejscu, Dorota Goldpoint oferuje usługę szycia na miarę. Z metrówką wokół klientki chodzi jednak sama.

W pracowni Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Czy nosi ubrania innych projektantów? Tak, ale nie ma ich dużo. Podziwia Macieja Zienia, Tomasza Ossolińskiego, Gosię Baczyńską, Evę Mingę i projektantów nowego pokolenia: Magdę Butrym czy Martę Boliglovę. Zawsze jednak wolała uszyć coś sobie sama. Gdy ktoś zapytał "co to za haute couture" po cichu śmiała się i odpowiadała w myślach, że jej własne. Wtedy nie przyznawała się, że ubiera się w samodzielnie wykonane rzeczy, bo myślała, że może to trochę wstyd. Nie raz zastanawiała się nad kupnem drogiej, markowej sukienki, ale potem stwierdzała, że to próżność i że większą przyjemność sprawia jej uszycie własnej kreacji. Ostatecznie zawsze kończyło się na tym, że wychodziła z domu ubrana w Dorotę Goldpoint.

Jaki jest jej największy sukces? W kwestii wydarzeń związanych z aktualnym zawodem Dorota Goldpoint chwali się pokazem na Fashion Weeku w Moskwie. - Jeśli chodzi natomiast o wewnętrzny, czyli psychiczny sukces to to, że z dwóch pierwszych maszyn i dwóch krawcowych zbudowałam markę, której teraz ufa bardzo wiele kobiet.

Ja i Dorota Goldpoint w pracowni Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta