Jak produkować ubrania w duchu fair trade? Marka NAGO daje świetny przykład

Natalia Stachacz

Przemysł odzieżowy jest odpowiedzialny za ok. 10 proc. wszystkich zanieczyszczeń na świecie. Więcej szkody dla środowiska robi tylko branża paliwowa. Codziennie nosimy na sobie ubrania pełne chemii, które szkodzą nie tylko naszemu ciału, ale także planecie. Mimo to, firm działających w zgodzie z ideą fair trade jest nadal stosunkowo mało. Czy można odnieść sukces produkując i sprzedając etycznie? Można. Trzeba tylko chcieć i działać konsekwentnie, tak jak robią to twórcy NAGO - marki, która zamiast sezonowych hitów, oferuje ponadczasowe ubrania uszyte z poszanowaniem dla natury.

NA WŁASNY RACHUNEK

Na pomysł założenia marki wpadli w lipcu 2018 roku. Już kilka miesięcy później, w październiku, ruszył oficjalny sklep. To imponujące tempo nie dziwi, bo twórcy NAGO znają polską modę na wylot. Julia Turewicz i Jasiek Stasz współpracują ze sobą od lat. Pierwszy raz ich zawodowe drogi skrzyżowały się ponad 7 lat temu w Showroom.pl. Jasiek razem z Michałem Judą był twórcą platformy, Julia ich pierwszym pracownikiem. Mimo ogromnego sukcesu, który odnieśli, w pewnym momencie poczuli, że nie odnajdują się już w tego typu strukturze. - Showroom dał zarówno mi, jak i Jaśkowi ogromne know-how. Przez te lata dużo nauczyliśmy się o biznesie, marketingu, e-commerce. Z drugiej strony czułam się zmęczona ciągłą presją, aby za wszelką cenę sprzedawać jeszcze więcej. Był nacisk na wynik, a sama idea się trochę zatarła - mając prawie 1000 marek trudno budować spójną strategię i wizję. To działania biznesowe, które całkowicie rozumiem, ale ja miałam coraz większą wewnętrzną potrzebę, aby rzeczy, które firmuję i promuję, były zgodne nie tylko z moją estetyką, ale także przekonaniami - tłumaczy Julia Turewicz. Jasiek Stasz odszedł z Showroomu już wiosną 2017 roku. Nie zdecydował się od razu na założenie kolejnej firmy. Zamiast tego wybrał się w podróż dookoła świata. To właśnie podczas niej nawiązał kontakt z ludźmi, którzy swoim ekologicznym podejściem do życia zainspirowali go do zmiany sposobu myślenia o modzie. Kiedy po powrocie spotkał się z Julią okazało się, że jej refleksje na temat branży są bardzo podobne. Tak powstało NAGO, marka w 100 proc. transparentna, w której cały proces produkcji i sprzedaży ubrań odbywa się w sposób ekologiczny i z poszanowaniem środowiska naturalnego.

NAGO to ubrania bazowe, uszyte z organicznych materiałów/ fot. Natalia Stachacz

- Taki projekt to duże wyzwanie. Na samym początku swoją wiedzą i zaangażowaniem wspierały nas Ania Pięta - niegdyś współorganizatorka targów Hush oraz Areta Szpura - założycielka kultowej marki Local Heroes. Dziewczyny działają proekologiczne, walczą o lepsze jutro, nie boją się głośno wyrażać swoich opinii. Ania była dla nas przewodnikiem po produkcji fair trade, podpowiadała co jest dobre, a co złe. Areta wsparła nas wizerunkowo, jej odbiorcami są w większości młode osoby - cieszmy się, że dzięki niej mogliśmy dotrzeć z naszą wizją tak szeroko - tłumaczy Julia. Teraz w urokliwym showroomie na warszawskiej Saskiej Kępie na stałe pracuje 5 osób. Oprócz Julii i Jaśka, są także projektanci i osoby koordynujące produkcję. Kolejne 5 osób współpracuje z marką zdalnie - to osoby odpowiadające m.in. za social media i PR. Ważną częścią zespołu są także dwa psy właścicielki: Bruno i Frugo, które jak żartobliwie mówi Julia, są odpowiedzialne za budowanie atmosfery.

Showroom NAGO mieści się na Saskiej Kępie/ fot. Natalia Stachacz

NA POHYBEL FAST FASHION

Współtwórczyni NAGO przyznaje, że prowadzenie firmy odzieżowej w sposób ekologiczny wymaga ogromnego zaangażowania i determinacji. - W Polsce dostępność eko materiałów jest bardzo niska, producenci nie dbają o to, żeby ich produkty miały odpowiednie certyfikaty, a my tylko z takich szyjemy. Dlatego tkaniny sprowadzamy głównie z Turcji. Tam można je zamówić w wersji eko. Są one opatrzone odpowiednim znakiem towarowym, np. OEKO-TEX (nadawanym przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Badań i Testowania w Dziedzinie Ekologii Tekstyliów i Skóry) lub GOTS. Taki certyfikat daje gwarancję, że to co kupujemy zostało wytworzone z poszanowaniem dla środowiska i ludzi: przy produkcji nie pracowały dzieci, dorośli dostali odpowiednie wynagrodzenie, zostały zachowane standardy jeśli chodzi o farbowanie, zużycie wody, czy CO2 - tłumaczy Julia i dodaje - Często się mówi, że jesteśmy tym, co jemy, a moim zdaniem jesteśmy też tym, co na siebie zakładamy. Chodzimy w ubraniach praktycznie 24h na dobę. Jeśli są one wykonane z pełnych chemikaliów materiałów, to te zanieczyszczenia przedostają się przez skórę do naszego organizmu.

Takim negatywnym symbolem działań fast fashion jest bawełna. Zapotrzebowanie na nią w ostatnich kilkudziesięciu latach bardzo wzrosło, a to wbrew pozorom roślina, którą trudno się uprawia. Zaczęto ją więc modyfikować genetycznie i co gorsze wspomagać jej wzrost pestycydami i środkami owadobójczymi. Bawełna jest niechlubnym rekordzistą jeśli chodzi o zużycie tych nawozów na świecie! Chemia nie tylko zostaje w glebie i zanieczyszcza środowisko, zostaje też w roślinie, z której później tworzone są ubrania. Stąd pomysł wytwarzania bawełny organicznej, której używamy m.in. w NAGO. Może ona być uprawiana tylko na ziemi, na której od kilku lat nie były stosowane pestycydy. Jest też ręcznie zbierana, dzięki czemu włókna są mniej uszkadzane, a tkanina później lepiej przyjmuję farbę. Sam proces farbowania też jest dużo bardziej ekologiczny - opowiada Julia. Oprócz bawełny ekologicznej w NAGO znajdziemy też ubrania wykonane z tencelu, cupro, lnu czy konopi. Tencel to materiał z włókna celulozowego, a konkretnie z eukaliptusa. Tkanina jest pozyskiwana z drzew, które są hodowane w sposób zrównoważony. Cupro to natomiast odpad pozyskiwany przy produkcji bawełny. Robi się go z łodygi, a nie z pączka. Często mówi się, że to wegański jedwab - jest delikatny, uciągliwy, trzyma temperaturę.

Julia Turowska razem z Jaśkiem Staszem stworzyli markę NAGO/ fot. Natalia Stachacz

GUZIKI Z ORZECHA I EKOLOGICZNE METKI

Pozyskanie ekologicznych certyfikowanych materiałów to niejedyne wyzwanie, które stoi przed markami działającymi w duchu fair trade. - Szyjemy w polskich szwalniach, ale znalezienie takiej, która podjęłaby się produkcji nie było wcale łatwe. Naturalne, eko tkaniny inaczej się zachowują. Nie każdy potrafi i nie każdy chce z nich szyć. A my nie chodzimy na kompromisy i dbamy o każdy detal, np. nie używamy żadnego plastiku do wykończeń. Standardem jest, że suwaki, regulatory, zapięcia są wykonane ze sztucznych materiałów. My plastik zastąpiliśmy metalem, a guziki robimy z... orzecha. To cięższe surowce - trudniej je wszyć, są bardziej wymagające i przede wszystkim droższe - dodaje Julia.

To właśnie dbałość o szczegóły i wyjątkowa konsekwencja w działaniu wyróżnia NAGO. Twórcy marki nie idą na kompromisy w żadnym aspekcie produkcji i sprzedaży. Metki wewnątrz ubrań są wykonane z organicznej bawełny. Metki zewnętrze, z ceną, są papierowe, zawieszone na sznurku i przypięte metalową agrafką. Julia i Jasiek przekonali też szwalnię, żeby nie wysyłała do nich gotowych produktów zapakowanych w foliowe torebki. Wszystko jest transportowane w bawełnianych woreczkach, które klienci mogą ponownie użyć - na zakupach, czy podczas podróży. Niedługo mają zamiar przerzucić się na ekologiczną bibułę, bo woreczki były dla nich dosyć problematyczne podczas segregowania zamówień. Ale zostaną najprawdopodobniej jako dodatek do produktów. Do wysyłki używane są tylko kartonowe pudełka i koperty, które mają wypełnienie z makulatury przetworzonej - świetnie zabezpieczają ubrania, ale nie zanieczyszczają środowiska. W kampanii promującej pierwszą kolekcję NAGO wystąpiła Julia Banaś, której idee marki są bardzo bliskie. Przygotowujący ją do sesji makijażyści zamiast klasycznych kosmetyków użyli naturalnych produktów, takich jak owoce, warzywa i zioła. Nawet lekko przygaszona, pastelowa paleta kolorystyczna ma związek z wyznawaną przez twórców marki filozofią bliskości natury. Wzory, neony, mocne odcienie wymagają użycia bardzo mocnych barwników, a przy samym procesie farbowania zużywa się dużo wody. To wszystko ma bardzo destrukcyjny wpływ na środowisko.

NAGO dba o każdy szczegół. Ekologiczne są nawet metki/ fot. Natalia Stachacz

Mimo tego Julia cały czas szuka nowych, ekologicznych sposobów, aby uatrakcyjnić kolekcje, które tworzą. Nadrukowanych printów póki co nie będzie, ale już niedługo w kolekcji pojawią się modne żakardy i tłoczenia. Z bawełny ekologicznej lub lnu planują stworzyć piękną koronkę. - Chcemy trafić do wszystkich. Nie tylko do osób, które w szczególny sposób dbają o ekologię, ale także tych, którzy po prostu cenią estetyczne, modne i ponadczasowe ubrania. Nie zamykamy się na nikogo. Nie krytykujemy, nie każemy wyrzucać z szafy rzeczy z poliestru. Zachęcamy jedynie, aby przy następnych zakupach postawić na coś, co posłuży dłużej, a jednocześnie będzie pasowało do naszej garderoby i naszego stylu - tłumaczy Julia. Wysoka jakość i ekologiczna produkcja niestety kosztuje. NAGO, tak jak większość działających w duchu fair trade marek, musi od czasu do czasu mierzyć się z zarzutami o zbyt wysokie ceny. - Przyzwyczailiśmy się jako społeczeństwo do tego, że możemy mieć dużo i tanio. Ale coś kosztem czegoś. Jeśli T-shirt kosztuje 19 zł, to nietrudno się domyślić, że jakiś aspekt związany z jego produkcją musiał zostać potraktowany po macoszemu. Przecież firma odzieżowa zapłaciła za materiał, robociznę, transport, marketing. Ile ostatecznie wydała na każdą z tych rzeczy skoro sprzedaje gotowe ubranie za niecałe 20 zł i jeszcze na tym zarabia? Ile kosztował materiał? Jaką dzienną stawkę mają osoby pracujące na plantacji bawełny, z której ta bluzka została później uszyta? - pyta retorycznie współtwórczyni NAGO i dodaje - Z jednej strony chcemy kupować tanio, a z drugiej oburzamy się na głodowe wynagrodzenia osób pracujących przy produkcji ubrań.

Bruno (na zdjęciu) i Frugo codziennie towarzyszą ekipie marki NAGO/ fot. Natalia Stachacz

KONKURENCJA CZY INSPIRACJA?

Jakość produktów NAGO widać na pierwszy rzut oka - materiały są mięsiste, ale bardzo przyjemne w dotyku. Uwagę zwracają starannie wykończone detale: podszewki, zaszewki, zaszycia. Ubrania zdecydowanie zyskują na żywo. Być może dlatego, że ciężko jest w atrakcyjny sposób pokazać elementy bazowe, a głównie takie marka ma w swojej ofercie. Flagowy produkt to body - w kolekcji występuje w kilku wariantach: do wyboru są różne fasony, długości rękawa, czy typy dekoltu. Poza tym są także sukienki, spódnice i spodnie. Bez problemu można z tych elementów stworzyć garderobę kapsułową, która będzie nam służyła latami, bez względu na zmieniające się trendy.

Kiedy pytam współtwórczynię NAGO, czy jako marka mają poczucie, że "narażają" się branży, mówiąc głośno prawdę o masowej produkcji ubrań, Julia zdecydowanie zaprzecza. - Chcemy pozytywnie inspirować, a nie straszyć. Nikogo nie krytykujemy, wręcz przeciwnie. Doceniamy każde proekologiczne decyzje. Oczywiście swoją działalnością wywieramy nacisk na wielkie korporacje, ale zdecydowanie wolimy współpracować, niż wytykać błędy. Tylko w taki sposób, RAZEM, możemy coś zmienić. Sieciówki mają swoje na sumieniu, ale skala ich oddziaływania jest tak duża, że wprowadzając jedną organiczną linię do swoich kolekcji, są w stanie zainteresować tematem produkcji fair trade więcej osób, niż 1000 małych firm jak nasza. Dlatego bardzo popieramy takie działania i mocno im kibicujemy. Bo finalnie wszyscy na tym zyskają: duże marki, małe marki, klienci i przede wszystkim środowisko.

Flagowy produkt NAGO to body/ fot. Natalia Stachacz

Psychoanalityczka, która została projektantką. Dorota Goldpoint udowadnia, że wszystko można zmienić

Katarzyna Żechowicz

Przez dziesięć lat pracowała jako psychoanalityczka. Od pięciu lat prowadzi własną markę odzieżową. Gdy zaczynała, miała w głowie konkretny plan - chciała ubierać dojrzałe kobiety, pomagając im ze zmianami, które zachodzą w ich ciele i umyśle.

Z gabinetu terapeuty do przymierzalni

Czy nie żałuje zmiany profesji? - Nie należy żałować decyzji, które się podjęło - mówi Dorota Goldpoint, z wykształcenia psychoanalityczka, z pasji i aktualnego zawodu - projektantka mody. Jej historia to dowód na to, że nigdy nie jest za późno, by coś w życiu zmienić. Dorota zmieniła dużo, bo z gabinetu, gdzie prowadziła terapie z pacjentami przeniosła się do atelier. Konferencje naukowe i konsultacje psychoanalityczne zamieniła na targi tkanin i pracę z krawcowymi. Teraz też pomaga ludziom, ale skupia się na kobietach. Tych dojrzałych - po czterdziestce albo po pięćdziesiątce, które według niej zostały przez branżę mody zaniedbane.

W atelier Doroty Goldpoint Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Spotykamy się na Saskiej Kępie, gdzie w jednym z szeregowców znajduje się studio i pracownia Doroty Goldpoint. Na parterze, w salonie domu zaaranżowano kameralny sklep z dwoma wieszakami i wygodną przymierzalnią. W salonie jest też kominek, dwa wielkie fotele w stylu glamour i stolik, na którym leżą najnowsze magazyny. Od progu pachnie perfumami, miksturą stworzoną specjalnie przez Dorotę. Jest dość ciężka, ale przyjemna, idealnie pasuje do klasycystycznej aranżacji wnętrza. Ona sama prezentuje się w czarnej, eleganckiej bluzce (na pewno z jedwabiu) i skórzanej spódnicy. Widać, że jest przyzwyczajona do przyjmowania gości. Czuje się swobodnie, gdy zaczynamy robić zdjęcia i rozmawiamy o kulisach jej pracy.


"Jestem w stanie ubrać każdą sylwetkę"

- DNA mojej marki to trzy filary: luksusowy minimalizm, naturalne tkaniny i respekt dla kobiecości - zaczyna Dorota. Co kryje się za tymi hasłami? Projektantka ma wyraźnie zdefiniowany obraz tego co chce i tego, czego nie chce robić. W tej pierwszej kategorii znajdują się ubrania klasyczne, ale koniecznie nowoczesne. Mają być w trendach, ale nadrzędna jest prostota, minimalizm i uniwersalność. Dorota unika dużych zdobień, zbyt intensywnych wzorów, falbanek i innych akcentów, które mogłyby się szybko "przeterminować". Stawia za to na naturalne tkaniny, które stanowią 95 proc. wszystkich jej kolekcji. Najczęściej wykorzystuje jedwabie - w przeróżnych odmianach, z których może uszyć i delikatną suknię i codzienną marynarkę. - W tym roku wprowadziłam jedwabny tuset, który idealnie nadaje się do garniturów. Ma tę zaletę, że się nie gniecie i bardzo pięknie się układa - tłumaczy Dorota. Do ulubionego jedwabiu, w okresie letnim dodaje bawełnę i len, a w okresie zimowym - wełnę, w tym kaszmir.

Skórzana sukienka z kolekcji Doroty Goldpoint Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Wbrew aktualnej tendencji, nie rezygnuje z naturalnej skóry, co jakiś czas w projektach pojawia się również futro. Zdarza się, że z tego powodu jest ostro krytykowana. O tym, jakich argumentów używa opowiem za chwilę. Najpierw o trzecim filarze, czyli wspomnianym respekcie dla kobiecości. Choć wymieniany jako ostatni, wydaje się być najważniejszym. - Jestem w stanie ubrać każdą sylwetkę - od rozmiaru 34 do 54. Nie ma dla mnie żadnych ograniczeń, jeśli chodzi o trudne figury, czy niestandardowe wymiary - mówi Dorota Goldpoint. I tutaj wygrywa z tzw. "sieciówkami", które produkują pod jeden schemat. A przecież jest mnóstwo kobiet, które mają mniejszą górę i większy dół (albo na odwrót) i też chcą wyglądać dobrze.


Branża mody to nie tylko millennialsi

- Moda goni za tym, żeby ubierać bardzo młodych ludzi, a mi się wydaje, że zapomniana jest grupa kobiet 40 plus, 50 plus i starszych. Są to kobiety, które w związku z różnymi przemianami w obrębie ciała, umysłu, postrzegania i pozycji społecznej potrzebują również zmiany swojego stylu ubierania się - mówi Dorota Goldpoint. Jednocześnie przypomina, że w wieku około 38 lat zaczyna się kryzys wieku średniego, który kończy się po czterdziestce. Taki kryzys to ważny moment i czas wielkich podsumowań, które czasami prowadzą do drastycznych zmian. - Dzieci zaczynają dorastać, a my zastanawiamy się, czy nasza aktualna praca oraz związek pozwalają cieszyć się życiem - tłumaczy Dorota.

Dorota Goldpoint Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Ona sama jest przykładem kobiety, która w wieku 45 lat przeszła podobny kryzys, zapragnęła zmian i ostatecznie postawiła wszystko na jedną kartę, czyli na totalną metamorfozę. - Przez wiele lat zmagałam się z wypieranym poczuciem, że szycie ubrań nie jest czymś wyjątkowo ambitnym - opowiada, dodając szybko - ale gdzieś w głębi duszy i serca czułam, że czegoś mi brakuje. Minęło sporo czasu, zanim podjęła ostateczną decyzję. Była ona ciężka nie tylko dla niej, pomysł zostania projektantką zaskoczył również otoczenie Doroty. Nie wszyscy wspierali ją w nowych planach, choć najbliższa rodzina mocno jej kibicowała. Ostatecznie pasja tworzenia i duch kreatywności wygrały, choć nie oznacza to, że Dorota zupełnie odcięła się od psychoanalityki. Umiejętności zdobyte w poprzedniej pracy z powodzeniem wykorzystuje w aktualnej.


Psychoanalityczka, która została projektantką

Celem było stworzenie miejsca, w którym klientki będą wiedziały, że ktoś je wysłucha, że jest druga kobieta, która je rozumie i jest zainteresowana ich potrzebami. - Wydaje mi się, że to się udało. Kobiety, które do mnie przychodzą, są zainteresowane nie tylko ładną sukienką - opowiada. Projektantka staje się dla nich powierniczką, a klientki chętnie się otwierają. Być może jest to zasługa wyjątkowo ciepłego usposobienia Doroty, a być może doświadczenia w roli psychoterapeuty. Po tamtej pracy przeżyła swego rodzaju żałobę, ale mówi, że to normalne, bo po każdej stracie (czy z własnego czy nie z własnego wyboru) pozostaje smutek.

W atelier Doroty Goldpoint Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

- Bardzo często myślę o swoich pacjentach, z niektórymi do tej pory mam kontakt. Praca, którą wykonywałam przez tyle lat nie znika nagle. Ona funkcjonuje w moim wnętrzu. Obraz psychoterapeuty, który przysypia podczas gdy pacjent leży na kozetce jest błędny. To bardzo trudny zawód, w którym pracuje się własną psychiką i własnym wnętrzem - tłumaczy. Z aktualnym zajęciem ma jednak sporo wspólnego. Dorota zawsze była tą mniej ważną. Uwaga skupiała się na pacjencie i jego potrzebach. Teraz jest podobnie, tyle że w relacji projektant-klient. - Ja nie wróżę z fusów, tylko rozmawiam z klientkami. Jeśli kobieta rozstała się z mężczyzną albo została porzucona, to ja wiem, czego jej trzeba.

W swoim atelier na Saskiej Kępie czuje się dużo lepiej niż w świetle reflektorów. Choć czasem ubiera gwiazdy i towarzyszy im na imprezach, mówi że ścianki nie są dla niej. - Dla mnie najważniejsze jest to, co przeżywam i tworzę w kontakcie z moją klientką, ale też to, co tworzę sama. Bardzo lubię takie momenty w nocy, kiedy szkicuję i wyobrażam sobie gotowe kolekcje. Proces twórczy zazwyczaj ma miejsce w jej domu, gdzie czuje się bezpiecznie i gdzie zwykle pracuje po zmroku. Inspiruje ją sztuka, głównie obrazy i rzeźby. Te ostatnie kocha najbardziej - za przestrzenność. Rzeźby zdobią również jej atelier. Złota w formie kobiecego ciała stoi na kominku. Dwie białe - abstrakcyjne zapełniają blat komody. Jeszcze inna, tym razem z surowego drewna towarzyszy Dorocie w gabinecie. Następną sesję zdjęciową nowej kolekcji zamierza wykonać w galerii sztuki na Pradze, którą niedawno odwiedziła.

W atelier Doroty Goldpoint Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta


Złoty środek - recepta na wszystko

Bohaterką ostatniej kampanii była Grażyna Szapołowska, która dla Doroty jest uosobieniem respektu dla wieku i kobiecości. Aktorka poprosiła, by na zdjęciach nie wygładzać jej zmarszczek. Chciała widzieć swoją twarz taką, jaka jest. Chciała być prawdziwa. W tym podejściu zgadza się z nią Dorota Goldpoint, która również nie lubi sztuczności. Nie ma nic przeciwko medycynie estetycznej, ale uważa, że powinno się z niej korzystać z umiarem. Umiar to dla projektantki słowo klucz we wszystkich sferach jej życia. - Od zawsze dążę jako osoba, jako matka i jako żona do złotego środka, czyli do pewnej równowagi, którą próbuję przekazać również w moich kolekcjach. Złoty środek był też inspiracją dla nazwy marki i pseudonimu artystycznego "goldpoint". Oprócz tego złoto kojarzy się z luksusem, a do takiej kategorii należy zaliczyć propozycje Doroty.

W atelier Doroty Goldpoint Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Ceny ubrań są wysokie, ale w ocenie projektantki można je traktować jako "investment pieces", czyli elementy inwestycyjne - dobre na lata. Dojrzałe kobiety, do których Dorota kieruje swoje produkty, nie kupują ubrań hurtowo. Według niej najważniejsze jest dla nich odpowiednie skompletowanie garderoby. Mają się na nią składać częściej wymieniane "basiki" (T-shirty, jeansy - mogą pochodzić z sieciówek) oraz droższe, lepsze rzeczy (żakiet, sukienka wizytowa, garnitur od projektanta) kupowane pojedynczo, raz w sezonie. Warto zainwestować wtedy w dobrze skrojone ubranie z jakościowego materiału.

Wiele elementów kolekcji Doroty Goldpoint to odpowiedź na jej własne potrzeby. - Chciałam, aby kobieta 40 plus nie wyglądała pańciowato. My nie chcemy wyglądać poważniej, ale nie chcemy też wyglądać jak nasze córki. Chcemy prezentować się świeżo i młodo, czyli adekwatnie do wieku i sylwetki - tłumaczy Dorota. Naturalne materiały mają być nie tylko komfortowe. Projektantka widzi w nich przyszłość mody zrównoważonej, czyli takiej, która dba o środowisko i przyszłość naszej planety. - Nie jestem popularna w swoich wyborach, szczególnie jeśli chodzi o naturalne skóry, ale uważam, że idę w kierunku ochrony zdrowia ludzkiego i przyrody, bo stawiam na długotrwałość ubrań. Skórzana kurtka starczy na minimum dziesięć lat. Ile sztucznych kurtek kupilibyśmy w tym czasie? - pyta retorycznie. Najbardziej dumna jest właśnie z tego, że jej marka wpisuje się w prąd "sustainable fashion". Projektantka planuje również dużą akcję społeczną promującą modę zrównoważoną, a także dobry styl w dojrzałym wieku. Narazie jednak nie chce ujawniać szczegółów, obiecuje, że o wszystkim będzie na bieżąco informować.

W atelier Doroty Goldpoint Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta


"Made in Saska Kępa"

Pod koniec spotkania poznaję również panią Basię - prawą rękę Doroty Goldpoint w sprawach technicznych. Projektantka mówi o niej "moja ukochana krawcowa", twierdzi, że rozumieją się bez słów. W końcu znają się prawie 30 lat. Pierwszy kontakt z szyciem Dorota miała w klasie maturalnej, gdy skończyła kurs zrobiony na własne potrzeby, a potem regularnie spotykała się z krawcową, by realizować swoje szalone pomysły. Tak, kiedyś ubierała się ekscentrycznie, ale dziś zdecydowanie woli minimalizm. Wszystkie ubrania powstają w pracowni nad atelier. U Doroty Goldpoint pracuje w sumie sześć krawcowych, ale w gorących okresach, na przykład przed pokazem, opłaca dodatkową pomoc. Lekkość swoich ubrań zawdzięcza odpowiedniej konstrukcji i wykończeniu. - Czasami mówi się, że klasyczne rzeczy są siermiężne. Ja pokazuję, że one wcale takie nie muszą być. Oprócz tego, mając mini-szwalnię na miejscu, Dorota Goldpoint oferuje usługę szycia na miarę. Z metrówką wokół klientki chodzi jednak sama.

W pracowni Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

Czy nosi ubrania innych projektantów? Tak, ale nie ma ich dużo. Podziwia Macieja Zienia, Tomasza Ossolińskiego, Gosię Baczyńską, Evę Mingę i projektantów nowego pokolenia: Magdę Butrym czy Martę Boliglovę. Zawsze jednak wolała uszyć coś sobie sama. Gdy ktoś zapytał "co to za haute couture" po cichu śmiała się i odpowiadała w myślach, że jej własne. Wtedy nie przyznawała się, że ubiera się w samodzielnie wykonane rzeczy, bo myślała, że może to trochę wstyd. Nie raz zastanawiała się nad kupnem drogiej, markowej sukienki, ale potem stwierdzała, że to próżność i że większą przyjemność sprawia jej uszycie własnej kreacji. Ostatecznie zawsze kończyło się na tym, że wychodziła z domu ubrana w Dorotę Goldpoint.

Jaki jest jej największy sukces? W kwestii wydarzeń związanych z aktualnym zawodem Dorota Goldpoint chwali się pokazem na Fashion Weeku w Moskwie. - Jeśli chodzi natomiast o wewnętrzny, czyli psychiczny sukces to to, że z dwóch pierwszych maszyn i dwóch krawcowych zbudowałam markę, której teraz ufa bardzo wiele kobiet.

Ja i Dorota Goldpoint w pracowni Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta