Załzawiona księżna. Grace księżna Monako

Grace Kelly, dziewczyna z Filadelfii, która została muzą Hitchcocka, zdobyła Oscara, a potem rzuciła Hollywood, by poślubić europejskiego księcia, miała fascynujące życie. Nie zasłużyła na tak niedobry film jak ?Grace księżna Monako?
W środę film Olivera Dahana ("Niczego nie żałuję - Edith Piaf") otworzył uroczyście festiwal w Cannes, dziś już trafia do naszych kin. Premierze "Grace księżnej Monako" towarzyszyły kontrowersje. Dzieci jej i księcia Rainiera - Karolina, Albert i Stefania - zbojkotowały film, nazywając go farsą. A amerykański dystrybutor, wszechwładny Harvey Weinstein, zagroził reżyserowi, że porzuci film, jeśli Dahan nie zgodzi się na jego przemontowanie. Na razie Francuz wygrał i zobaczmy jego wersję. I to jest dopiero prawdziwy dramat. Nie wiem, jaki pomysł miał na "Grace księżnę Monako" Weinstein, ale chyba nie mógł popsuć filmu bardziej niż sam jego twórca. Jak z życia osoby tak barwnej i kontrowersyjnej jak Grace Kelly można zrobić takie nudziarstwo, które miota się między operą mydlaną, tanim filmem szpiegowskim a reklamówką biura podróży polecającą wakacje na Lazurowym Wybrzeżu? Jesienią był w kinach bardzo niedobry film o księżnej Dianie, innej blondynce, która została członkinią panującego rodu i zginęła tragicznie w wypadku samochodowym. Film o Grace Kelly jest tylko odrobinę lepszy. Być może dlatego, że dzieje się 30 lat wcześniej, przez co pewną sztuczność i cukierkowość można mu wybaczyć, podobnie jak filmom z lat 60. Nie można jednak wybaczyć potraktowania Kelly jak kukiełki. I stworzenia kompletnie fikcyjnej historii, podczas gdy rzeczywistość była fascynująca.

Oto w roku 1962, sześć lat po tym, jak Grace Kelly porzuciła hollywoodzką karierę, ojczyznę i rodzinny dom w Filadelfii, by poślubić księcia Rainiera z Monako, przedstawiciela najstarszej rodziny panującej w Europie (nawet jeśli ich księstwo to zaledwie nieco skał nad Morzem Śródziemnym), w pałacu zjawia się Alfred Hitchcock. Legendarny reżyser chce namówić księżnę do powrotu do kina. Kelly zagrała w trzech jego filmach, teraz Hitch oferuje jej czwarty - "Marnie" - i gażę w wysokości oszałamiającego miliona dolarów. Grace marzy o powrocie - w Monako czuje się jak w pułapce, nie potrafi odnaleźć się wśród zadzierających nosa arystokratek, własna służba zdaje się ją śledzić, a Rainier znika na całe dnie zapracowany. Mają już dwoje dzieci i osobne sypialnie. Hollywood zaczyna wabić księżnę. I to powinien być punkt wyjścia do fascynującej, porywającej opowieści, co się stało, że Grace jednak propozycję Hitchcocka odrzuciła i nigdy już nie zagrała w żadnym filmie. Zamiast tego dostajemy opowieść o tym, jak Grace ocaliła Monako (i zapewne cały zachodni świat) przed zagładą z ręki naburmuszonego prezydenta de Gaulle'a. Prawdopodobnie dokonała tego, zanudzając generała prawie na śmierć. I choć Nicole Kidman w roli Grace dwoi się i troi, nie jest w stanie unieść tego niedobrego filmu. A Tim Roth jako Rainier sprawia wrażenie, jakby się zastanawiał, na ile wyrafinowanych sposobów może uśmiercić swojego agenta, który wrobił go w ten film.



Więcej o: